Nora Roberts zawsze kojarzyła mi się z romansami i powieściami obyczajowymi. Czytałam jedną książkę jej autorstwa, którą można zakwalifikować do kryminałów.  Ale teraz mnie totalnie zaskoczyła! „Kroniki tej jedynej. Początek” to coś zupełnie innego. Najpierw myślałam, że to thriller medyczny, a potem… potem coraz bardziej otwierałam oczy ze zdumienia.

Książka zaczyna się nieco niewinnie. Obserwujemy to, co robi zwykła rodzina, która spędza urlop z dala od miasta. A jednak od pierwszych stron wyczuwa się nastrój grozy. Coś się stanie, coś złego. Jeden z mężczyzn strzela do bażanta. Szykuje się wspaniała uczta! Ostatnia… A epidemia dopiero rozpocznie swe żniwo.

Kiedy wirus zabija miliony

W zasadzie trudno wymienić jedną główną postać. Czytamy poszczególne rozdziały z perspektywy kilku osób, a jeśli miałabym wskazać, kto gra najważniejszą rolę, byłby to wirus. Ze Szkocji śmierć bardzo szybko przenosi się w inne regiony świata. Ludzkość jest dziesiątkowana, stoi w obliczu apokalipsy. Wystarczy kilka dni, by w mękach umrzeć. Pierwszym objawem są silne wymioty, potem… potem jest tylko gorzej. Giną kolejne miliardy ofiar, szczepionki brak, władze milczą. A jednak są ludzie, którzy przeżyli, dlaczego? W książce znajdujemy kilkoro bohaterów, którzy wcześniej w ogóle się nie znali. Łączy ich wola życia, ucieczka z Nowego Jorku i w wielu przypadkach, nadnaturalna moc…

Człowiek w obliczu zagłady

Jak dla mnie książka jest na granicy kilku gatunków. Jest pewną kombinacją książki grozy, thrillera, fantasy. Czyta się ją dobrze, co nie zmienia faktu, że gdybym nie wiedziała, że jest spod pióra Nory Roberts, to sama bym na to nie wpadła. Autorka ukazała ludzi w sytuacji kryzysowej, kiedy ulice są opustoszałe, władz nie ma. Jedynie zło swobodnie wypełza nocą i krąży po mrocznych zakamarkach. To daje do myślenia. Czy ludzkość wygra z wirusem? Dlaczego się pojawił?

„Rob i Jayne MacLeodowie zawlekli wirusa do Londynu. Po drodze zarazili nim pasażerów udających się do Paryża, Rzymu, Frankfurtu, Dublina i dalej. Na Heathrow to, co miało otrzymać nazwę apokalipsa, dotknęło pasażerów czekających na loty do Tokio i Hongkongu, Los Angeles, Waszyngtonu i Moskwy.

Kierowca, który zawiózł ich do hotelu, ojciec czwórki dzieci, zabrał go do domu i podczas kolacji skazał na śmierć cała rodzinę.

Recepcjonistka w hotelu Dorchester zameldowała ich z uśmiechem. Naprawdę była wesoła. W końcu rano wyjeżdżała na tygodniowe wakacje na Bahamy.

Zabrała apokalipsę ze sobą.

Tego wieczoru przy drinkach i koktajli z synem, synową, bratankiem i jego żoną przekazali śmierć kolejnym członkom rodziny i dorzucili ją do hojnego napiwku dla kelnera”.


Za książkę do recenzji dziękujemy: