
Na łamach naszego portalu publikowałam recenzję niecodziennej książki „Bogowie i bestie”. Debiut Jacka Wieteckiego to zbiór trzech krótszych tytułów poruszających kwestie moralne. Dziś zapraszam do lektury wywiadu z autorem, w którym między innymi przeczytacie o tym, jak wyglądały kulisy powstania książki i skąd Jacek Wietecki zna Jonathana Carrolla?
Tytuły, które możemy znaleźć wewnątrz książki „Bogowie i bestie”, na pierwszy rzut oka opowiadają o czymś zupełnie innym: religia, tajemnice rodzinne, zaginione dziewczęta… A jednak coś je łączy. Co pojawiło się najpierw: pomysł na punkty wspólne, czy pomysły na opisane historie?
Na początku jest zawsze pomysł. I tak na przykład w „Ślepej serii” giną czternastoletnie dziewczęta, ale równie dobrze można by sobie wyobrazić scenariusz, w którym wszędzie tam, gdzie się pojawia mój fatalny bohater, ludzie popełniają samobójstwa, na przykład skacząc z 10 piętra. Musiałbym wtedy dopasować pozostałe elementy do tak przebiegającej serii nieszczęść, jednak główna idea pozostałaby taka sama. Pomysł rodzi detale, a detale dopełniają pomysł.
„Bogowie i bestie”, „Siostrzyczka”, „Ślepa seria”. Stworzenie którego tytułu przyszło najtrudniej?
Chyba najbardziej namordowałem się przy noweli „Ślepa seria”, która wcześniej nosiła tytuł „Zez”. Właśnie dlatego, że składa się z wielu małych zębatych kółek, które tak należało z sobą zestawić, żeby mechanizm chodził.
Pana książka jest dość nietypowym debiutem literackim. Minipowieść, opowiadanie, nowela w jednej książce – ciekawe zestawienie. Czy od początku był taki zamysł?
Nie. Dodałem dwa utwory, bo po napisaniu „Bogów i bestii” okazało się, że są w rozmiarze „S”.
Zajmuje się Pan tłumaczeniem książek. Proszę powiedzieć, czy jest tytuł, który szczególnie zapadł w pamięć? Może był taki, który trudno było przełożyć na język polski?
Najwięcej czasu i energii kosztowało mnie tłumaczenie „Dni między stacjami” Steve’a Ericksona – powieści, która przeszła w Polsce kompletnie bez echa i zrobiła totalną klapę.
Czy na to, jaką tematykę poruszył Pan w swojej książce miały wpływ dzieła, które były przez Pana tłumaczone?
Nie sądzę. Być może jakieś motywy „przewędrowały” do moich nowel, ale mnie nic na ten temat nie wiadomo.
Czy praca w charakterze tłumacza miała wpływ na to, że zdecydował się Pan na wydanie własnej książki?
Przekład tzw. dzieła literackiego przypomina nurkowanie w głąb tekstu – tam i z powrotem. Tłumacz zanurza się w źródłowy tekst, po czym próbuje odtworzyć gąszcz sytuacji w systemie języka docelowego, zazwyczaj rodzimego. Zacząłem pisać, bo byłem ciekawy, czy potrafię tworzyć, a nie tylko odtwarzać.
W kręgu Pana przyjaciół znajduje się Jonathan Carroll. Proszę opowiedzieć jak zaczęła się ta znajomość? Tłumaczy Pan jego książki, czy coś jeszcze Panów łączy?
Poznałem Jonathana Carrolla w 1996 roku, kiedy odwiedzając Poznań, spotkał się ze studentami filologii angielskiej na UAMie, który ukończyłem parę lat wcześniej. Potem, w czasie następnych polskich tournee Jonathana, towarzyszyłem mu często jako tłumacz przyboczny. Ale człowieka nie poznaje się z wywiadów, jakich udziela, tylko z tego, jak zachowuje się PO wywiadach. Po 20 latach znajomości mogę skonstatować, że łączy nas pasja do flaneurowania, specyficzne poczucie humoru i miłość do żurku.
Bardzo dziękuję za rozmowę. Czytelników zachęcam do udziału w konkursie, w którym do wygrania są dwa egzemplarze książki „Bogowie i bestie”.






