Grażyna Gołuchowska „Na Kubie nikt już nie czeka na śnieg”

Słońce w ostatnich dniach nas rozpieszczało, więc pojawiają się pierwsze nieśmiałe marzenia o wakacyjnych wyjazdach. Książka Grażyny Gołuchowskiej „Na Kubie nikt już nie czeka na śnieg” wprowadzi Was jeszcze bardziej w wakacyjny klimat i pokaże Kubę i jej mieszkańców w tak wyrazisty sposób, że bez trudu oczyma wyobraźni przeniesiecie się na wyspę.

Chociaż pojawia się wiele szczegółów na temat tradycji i kultury, nie jest to jedyne, co znajdziemy w książce. Ponieważ nie jest ona książką podróżniczą a powieścią, mamy ciekawą fabułę i bohaterów. Dwie zranione dusze. Dwoje ludzi, którzy przez dziesięciolecia się nie widzieli, ale w tym samym czasie lecą na Kubę.

Wyjazd na Kubę

Piotr i Basia tworzyli w czasach studenckich doskonale dobraną parę. Niestety pomimo uczucia i podobnych zainteresowań, ich związek się rozpadł, a drogi rozeszły. Chociaż ponownie ułożyli sobie życie z innymi osobami, gdzieś na dnie serca ciągle tli się żar. Obecnie zbliżają się do pięćdziesiątki, są samotni i postanawiają na Boże Narodzenie wyjechać na Kubę. Piotr chce połączyć urlop z reportażem z podróży. Basia jedzie odpocząć i rozmawia przy tym z kobietami, które opowiadają swoje historie. Oboje będą na wyspie w tym samym czasie. Czasem można mieć wrażenie, że już za moment na siebie wpadną, a jednak się mijają nieświadomi. Czy w końcu się spotkają?

Kuba w nowej odsłonie

Historia opowiedziana w książce mogłaby być banalna i nie raz spotykana w literaturze, gdyby nie malownicze miejsce akcji. Czytając o codziennym życiu, architekturze, jedzeniu, tradycjach i muzyce, można poczuć się jak w fantastycznej podróży. Myślę, że właśnie te fenomenalne opisy są czymś, co najbardziej zauroczyło mnie w tej powieści. Jesteście ciekawi, jak wygląda zabawa przy muzyce? Jak Kubańczycy spędzają Boże Narodzenie? Jak wygląda ich praca i podejście do rodziny? Koniecznie przeczytajcie! Ręczę za to, że podczas lektury poczujecie się niczym w barwnym filmie i zapragniecie choć na moment stanąć na owianej tajemnicą i pełnej stereotypów kubańskiej ziemi.

„Na repertuar składały się stare bolera, guarachas, rumbas i sonos. Muzyka kilku kultur, które skrzyżowały się przed wielu laty na Kubie. Jedna dziedziczona po chrześcijańskim Zachodzie i arabskiej tradycji i druga – bazująca na rytualnych rytmach, wybijanych przez bębny i inne instrumenty w Afryce. Z trzeciej, rdzennej muzyki Indian pozostało jedynie kilka najprostszych instrumentów, jak choćby obecne tu na scenie marakasy i… nieobecne gϋiro”.


Za książkę do recenzji dziękujemy:

Komentarze

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook IconTwitter IconŚledź nas n Instagramie!Śledź nas n Instagramie!

Korzystając z tej witryny akceptujesz politykę prywatności więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close