Jeśli już po kilkunastu pierwszych zdaniach książki wybuchasz śmiechem, to musi oznaczać dwie rzeczy. Po pierwsze, trafiłaś lub trafiłeś na naprawdę dobrą książkę. Po drugie – autorką tej książki musi być Vi Keeland. W tym akurat przypadku towarzyszy jej, równie dobra, Penelope Ward.

Soraya Venedetta jest Włoszką z niewyparzonym językiem i oryginalną fryzurą, natychmiast zdradzającą jej samopoczucie. Graham J. Morgan to dwudziestodziewięcioletni uznany biznesmen, właściciel znakomicie prosperującej firmy. Snobistyczny dupek, arogancki drań i despota w jedym, który swoim głosem, wyglądem i zachowaniem zwraca na siebie uwagę Sorai podczas podróży metrem. Dziewczyna nie miałaby nic przeciwko jego bliższemu poznaniu, ale przecież szanse na to są bliskie zeru. Do czasu, aż przypadkowo odnajduje jego telefon w wagonie pociągu. Gdy go w końcu oddaje prawowitemu właścicielowi, zostawia na nim „niespodziankę” w postaci kilku zdjęć swoich części ciała oraz wiadomości, wyrażających jej zdanie o nim. Zafascynowany nimi Graham postanawia odnaleźć właścicielkę owych atutów. Nie spodziewa się, że pozna piękną dziewczynę o twarzy anioła i temperamencie diabła. Dzieli ich wszystko, ale łączy namiętność i niespodziewane uczucie.

Moje uwielbienie dla tworzonych przez Vi Keeland zapewne jest Wam znane, jeśli tylko śledzicie nasz portal. Przepadłam w twórczości tej autorki, odkąd w moje ręce trafił „Gracz”. Później była znakomita seria MMA, niesamowity „Bossman” a jeszcze dwie kolejne książki tej autorki czekają. Penelope Ward skradła moje serce „Przyrodnim bratem”. Kiedy więc zobaczyłam, że wydawnictwo Editio Red postanowiło wydać ich wspólną historię, wiedziałam już, że muszę ją koniecznie przeczytać. W sumie chyba nikogo to nie dziwi, bo jak by mogło być inaczej?

Ta historia zaskoczyła mnie ilością dialogów, których jest tu po prostu mnóstwo. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam książkę, w której bohaterzy by ze sobą tak dużo rozmawiali, w różnych formach, a nie dominowały wewnętrzne monologi czy też ich myśli. Co zasługuje na uwagę, to forma rozmów pomiędzy postaciami. To nie tylko bezpośrednie rozmowy w cztery oczy. To także mnóstwo zabawnych smsów wymienianych pomiędzy nimi od samego początku ich, dość oryginalnie rozpoczętej, znajomości. Oprócz tego porozumiewają się w dość nietypowy sposób. Graham pisze maile z pytaniami do kącika porad, w którym pracuje Soraya, a ta odpowiada mu na nie tak, jakby był dla niej obcą osobą.

– Ten człowiek ma dwie twarze. Potrafi być albo kompletnie nieczuły na potrzeby innych, albo troskliwy o niemożliwości. Wydaje mi się, że nie odziedziczył genu umiarkowania.

– Doskonale go podsumowałaś.

– Ktoś powinien stale go obserwować i zwracać mu uwagę, gdy jest wredny.

 

Znajdziecie tu sytuacje, które są zabawne, śmieszne, a nawet bawią do łez, ale nie tylko tak będzie w tej powieści. Będzie również miejsce na wzruszenie i smutek. Taka mieszanka wybuchowa. Fabuła od pierwszych stron nabiera tempa, praktycznie nie zwalniając nawet na chwilę. Ciągle się tu coś dzieje. Nie ma scen, które były by przegadane lub miałyby po prostu zapchać strony książki, dla jej większej objętości. Każda scena ma swój sens i nawet, jeśli w danym momencie nie wynika z niej nic konkretnego, to możecie być pewni, że rozwinie się to w dalszej części powieści.

Lubię czytać powieści pisane w pierwszoosobowej narracji. Wynika to z tego, że jako czytelnik mogę się poczuć, jakbym to ja był bohaterem tej historii. Wejść w jego głowę i ciało, wczuwając się w przeżywane przez niego emocje. Wydaje mi się, że wówczas jestem bliżej związana z bohaterami, a także samą, opowiadaną przez autora, historią. W przypadku „Drania z Manhattanu” również mamy do czynienia z pierwszoosobową narracją, podzieloną pomiędzy Sorayę i Grahama.

A jacy są nasi bohaterzy? Oryginalni. Szczególnie Soraya. To dziewczyna z niewyparzoną buzią. Nie boi się mówić tego, co myśli, bez względu na to, kto jest jej rozmówcą. Prowadzi to do wielu zabawnych sytuacji. Zdecydowanie ma typowo włoski temperament, który okazuje na każdym kroku. Graham jest zaś typem, który pod maską zimnego, wyrachowanego drania, skrywa prawdziwe oblicze. Zranionego mężczyzny, który poprzysiągł sobie nigdy więcej nie dać się skrzywdzić żadnej kobiecie. Nie trudno się domyślić, że przed Sorayą odkrywa swoje dobre oblicze. Mamy tu także kilka ciekawych postaci drugoplanowych, które znakomicie ubarwiają całą historię i należy do nich m.in. babcia Grahama. Gwarantuję, że pokochacie tę niesamowitą, bezpośrednią i zabawną kobietę.

Jeśli myślicie, że to typowy, szablonowy romans, na zasadzie poznali się, przepadli w sobie nawzajem, dzieje się coś, co powoduje, że się rozstają i później wracają do siebie by żyć długo i szczęśliwie, to się mylicie. Vi Keeland i Penelope Ward zadbały o to, by było ciekawie, ale i jednocześnie chwytająco za serce, powodując momenty wzruszenia. „Drań z Manhattanu” przypomina mi nieco serię Driven, która nie jest typowym romansem. Fani tej serii z całą pewnością wiedzą, o czym piszę, natomiast ci z Was, którzy jej nie czytali, mogą się o tym przekonać sięgając zarówno po „Drania …”, jak i serię Driven. Dodatkowo czytelnicy, którzy czytali „Przyrodniego brata”, powinni wyłapać w tej historii pewien motyw, nawiązujący do tej właśnie książki. Ciekawa jestem, czy go skojarzycie.

Kulturantki objęły powieść „Drań z Manhattanu” patronatem medialnym, w związku z czym, już za kilka dni będziecie mogli wygrać ją w organizowanym przez nas konkursie. Bądźcie czujni.


Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu