Afryka na pocztówkach – wywiad z Marcinem Kydryńskim

Marcin Kydryński, dziennikarz, kompozytor, podróżnik i fotograf, opowiada nam o swojej ostatniej książce. I nie tylko o niej.

Marcin Kydryński w afrykańskim słońcu, z aparatem w dłoni, w ciemnych okularach, opiera się o drewniane ogrodzenie, w tle błękit niebaWiosną tego roku ukazała się Pana książka „Dal. Listy z Afryki minionej”. To kolejna, po „Bieli”, publikacja poświęcona Afryce. Skąd wzięła się Pańska fascynacja tym kontynentem?

Wychowały mnie książki o Afryce. Wzrastałem w przeczuciu, że to wciąż kontynent niezapoznany, nieprzenikalny, wpół magiczny. Historie, które opisywał Alan Moorehead w swoim „Nad Nilem Błękitnym i Białym”, jakkolwiek prawdziwe, rezonowały we mnie niczym baśnie. Tam pierwszy raz przeczytałem o Stanleyu i Livingstonie, których listy dziś czczę jak relikwie na moich ścianach, za szkłem. O Richardzie Burtonie, Mungo Parku. Tam usłyszałem nazwę Timbuktu i zanurzyłem się w aurę miejsc jakby z innego świata. Co ciekawe, kiedy, mając lat dwadzieścia parę, ruszyłem wreszcie do Afryki, to moje doświadczenia sprostały legendzie. Czar działał. To wciąż była Afryka, jaką znałem ze starych książek. Może też dlatego, że wówczas – a i dziś najchętniej – wędrowałem z dala od utartych szlaków.

Co dokładnie oznaczają Pańskie słowa: „”Biel” to nieustanne wołanie: ja, ja, ja; „Dal” oddaje głos świadkom tamtych czasów.”?

Książka „Biel”, niezwykle mi droga, jest podsumowaniem dwudziestu pięciu lat moich podróży po kontynencie. Opowiadam własną historię, zarówno słowem, jak i fotografią. To książka najbardziej osobista, intymna nawet. Moje życie. Podczas gdy „Dal” zaczyna się na wieki przed moim włączeniem się do gry, a koncentruje na przełomie stuleci dziewiętnastego i dwudziestego. Cóż, byłem wtedy bardzo mały, więc lepiej, jeśli oddam głos ludziom, którzy pamiętają tamten czas, intensywnym uczestnikom wydarzeń. Ale najważniejsze jest, komu udzielam głosu. Owszem, też tym największym: odkrywcom, pisarzom, ludziom sztuki, krwawym kolonizatorom, legendom. Jednocześnie jednak – i to czyni tę książkę odmienną od klasycznych pozycji historycznych – mówią zwykli ludzie, autorzy „listów z Afryki minionej”, tych bezcennych, ocalałych po z górą wieku wielkich katastrof pocztówek, notatek, fotografii. Każda z tych postaci otwiera mi drzwi do swojego świata. Czasem jedynie uchyla, po kilkunastu dekadach wielu rzeczy możemy się jedynie domyślać, dopowiadać historie, uruchamiać wyobraźnię. U początku jednak każdego z tych wątków stoją prawdziwi ludzie, nie mniej rzeczywiści od nas. Ich twarze w fotografiach, ich namiętności, lęki, pytania. Ich pojedynczość.

Do kogo jest kierowana „Dal”? Jaki jest cel tej publikacji?

Jak wszystko, co piszę – a robię to niezwykle rzadko – „Dal” jest rozmową ze słuchaczami, którzy są mi bliscy od ponad trzydziestu lat. To społeczność, którą fascynuje nie tylko „muzyka szczęśliwa”, znana niegdyś z moich audycji w Trójce a dziś ze spotkań w radiu Nowy Świat, ale też zafascynowana fotografią, podróżami, literaturą, historią, malarstwem, muzyką, dylematami religii. Wszystko to na kartach „Dali”, w tych dwudziestu paru esejach przenika się i splata. Zamyślałem tę książkę od dawna, ale znalezienie formy zajęło mi mnóstwo czasu. Wiem, to nie jest książka łatwa, jak wcześniejsza „Muzyka moich ulic”, na przykład, czy nawet „Biel”. Ale cieszę się nadzieją, że wynagradza wysiłek włożony w próbę jej poznania.

„Dal” to erudycyjny tygiel. Gęsto przeplatają się w nim historie nie tylko Afryki, ale również fotografii czy literatury. Jak wyglądało i jak długo trwało zbieranie materiału do książki?

Hm, w jakimś sensie życie całe. Choć faktycznie przez cztery lata intensywnych badań nad przedmiotem przeczytałem, już niejako „w intencji”, kilkaset książek, które potem pobrzmiewają na kartach „Dali”. Nie dało się tego zrobić inaczej. Nie ma tu żadnych dróg na skróty. Musiałem znajdować kolejno odpowiedzi na setki pytań, jakie stawiała przede mną podróż przez świat tych dawnych dokumentów.

Pana książkę można nazwać pocztówkową opowieścią o dziejach Afryki. Dlaczego wybrał Pan taką formę?

Bo wydawała mi się na wskroś oryginalna i szalenie pojemna. Dopuszczała, jak już mówiliśmy, element pewnej swobody. Skoro nie zawsze jesteśmy pewni losów postaci autorów tych pocztówek, ich adresatów czy wreszcie przedstawionych na nich osób, to nas zmusza do wędrowania po krętych, rozwidlających się ścieżkach. Wiedzeni intuicją, niejako dopowiadamy, wymyślamy im ich życiorysy. To fascynujące zadanie. Długie wpatrywanie się w fotografię, jeśli przed tym przeczytaliśmy te tysiące książek i zobaczyliśmy na własne oczy trzydzieści parę afrykańskich krajów, może przynieść zaskakujące rezultaty. Bo oczywiście można napisać taką książkę, nie wychodząc z biblioteki. Ale pomyślałem, że moje doświadczenie, fakt iż wiele miejsc z tych fotografii sam poznałem lata później, przyda „Dali” dodatkowego wymiaru.

Po wieloletnim zgłębianiu tajemnic Afryki z pewnością patrzy Pan na nią z szerszej perspektywy, bardziej wnikliwie. Jaka jest dzisiejsza Afryka w zestawieniu z tą z początków kolonializmu? Które zmiany określiłby Pan jako te najważniejsze?

Błagam, proszę mnie nie stawiać w niezręcznej sytuacji. Odpowiedź na to pytanie, aby była w miarę rzetelna, powinna zająć kilka tomów. Ale żeby też się nie uchylać, odpowiem hasłowo: Za mojego życia wyrosło w Afryce pokolenie, które czuje się na tym kontynencie u siebie. To fundamentalna zmiana. Co powiedziawszy, należy dodać, że Afryka – jak i każdy zakątek zglobalizowanego świata – jest uwikłana w sieć zależności. Zmienił się ich charakter i geografia, nastąpiła swoista wymiana elit wśród możnych naszej planety i nagle nie Portugalia na przykład a Chiny,  nie Anglia a Rosja i Stany Zjednoczone spotykają się na afrykańskiej arenie. Wreszcie zmiany wieku informacji i telefon komórkowy a w nim internet. Najuboższy pasterz może nie mieć nowych butów, ale śledzi w swoim telefonie losy współczesnego świata i po raz pierwszy w dziejach widzi w czasie rzeczywistym, że „życie jest gdzie indziej”, że coś go omija, czuje się wykluczony. Ta frustracja stoi za decyzją o wejściu na pokład pontonu w Libii. Fascynujące czasy. Powstają o tym codziennie znakomite reportaże. „Dal” jest tych zmian świadoma, lecz siłą rzeczy zajmuje się nimi w niewielkim stopniu.

Problem dyskryminacji rasowej w odniesieniu do Afrykanów, pomimo upływu tylu lat, wciąż istnieje. Dlaczego tak jest, według Pana? Czy lęk przed „innym” jest tak mocno wpleciony w naturę człowieka, że nigdy nie zdołamy w pełni go opanować?

Ryszard Kapuściński, jeden z największych orędowników dialogu, pisał, tłumacząc motywy działania Herodota, że wszelkie zło bierze się stąd, iż wszyscy o sobie nawzajem za mało wiemy. Tym samym, o czym pisałem w „Bieli”, grozi nam nie tyle konflikt cywilizacji, co konflikt ignorancji. I chciałbym być dobrze zrozumiany, dotyczy to obu stron. Gdy jest się w Afryce, horyzont zainteresowania tamtejszych mediów ogranicza linia brzegowa kontynentu. Nie brak uprzedzeń z każdej strony. Wynikają one z braku zainteresowania drugim człowiekiem, najogólniej rzecz ujmując. A także z częstokroć niezawinionego „złego wychowania”. I doprawdy nie ma tu wielkiej różnicy, czy rodzimy się w domu o tradycjach Ku Klux Klanu, w rodzinie kibola ziejącego z nienawiści do wszystkiego, co nie jest nim samym, czy w somalijskim klanie skonfliktowanym z klanem sąsiada. Szalenie trudno jest potem wyrwać się z takiego kręgu, środowiska. Tomas Halik, czeski myśliciel chrześcijański, lubi mówić, że znacznie bliżej mu do imama z Mogadiszu niż chuligana z sąsiedniego miasta z napisem „Bóg Honor Ojczyzna” na koszulce. Ratunkiem mogłyby być pokolenia mądrej edukacji, ale trudno na to liczyć, ponieważ głupiejemy, jako Ziemianie, w zastraszającym tempie.

Nie tylko Afryka, fotografia i literatura wchodzą w obszar Pańskich zainteresowań. Przez wiele lat współpracował Pan z radiową Trójką, prowadząc związaną z jazzem audycję muzyczną Siesta. Których jazzowych kompozytorów i wykonawców ceni Pan najbardziej?

O, to precyzyjne pytanie! Zaczynałem od niewłaściwej strony, choć pewnie to typowe dla 16-latka, od jazzu nowoczesnego. Moim przewodnikiem był zatem na początku, właśnie jako kompozytor, twórca nowego języka w muzyce, Pat Metheny. Do dziś trudno mi uwierzyć, że miałem honor i szczęście, dzięki talentowi Anny Marii, współpracować z geniuszem tej miary. Zajęło mi parę lat, by dojść do Duke’a Ellingtona, wędrując w głąb, studiując historię tej muzyki. Mam dziś mistrzów po obu stronach, w przeszłości i przyszłości. Pat, Keith Jarrett, Wynton i Branford Marsalisowie na moich oczach, czy raczej uszach stali się klasykami. W moim pokoleniu pojawił się na przykład Richard Bona, który fenomenalnie łączy światy tak bardzo mi bliskie, jazzu i muzyki etnicznej. Ale kto mnie odwiedzi w domu, ten zapewne usłyszy stare bolera z Chile, Meksyku i Kuby – z lat czterdziestych i starsze. Usłyszy jazz epoki swingu, usłyszy Bena Webstera na tenorze i Johnny’ego Hodgesa na alcie. Wśród dzisiejszej dzieciarni szanuję i podziwiam tak wiele osób, ale po prawdzie mało kto mnie… wzrusza, po prostu.

Na koniec chciałabym poruszyć pewną kontrowersyjną kwestię, na pewno domyśla się Pan jaką. W maju tego roku, po aferze związanej z Listą przebojów, zdecydował się Pan na odejście z Programu III Polskiego Radia. Dlaczego?

Bo zrobiło się niemiło. Afera z Listą była już tylko kroplą, która przelała czarę. Wszystko już powiedziałem na ten temat, w mocnych słowach. Teraz jest we mnie tylko spokój i dobroć. Radio Nowy Świat tak na mnie działa!

Czy widzi Pan jakąkolwiek szansę na to, że radiowa Trójka wróci do dawnej formy? Co musiałoby się zmienić?

Cóż… – kiedy się chce uniknąć mocnej odpowiedzi, lub jest się zakłopotanym pytaniem, zwykle zaczyna się od „cóż…”. Radiowa Trójka może wrócić do dawnej formy. Tylko potrzeba na to lat. Najpierw trzech przynajmniej, żeby odświeżyć aurę w naszym kraju. A potem zapewne trzydziestu trzech, by stacja zgromadziła wokół siebie mądrych, otwartych, ciekawych świata a zarazem wątpiących i poszukujących, utalentowanych, pełnych energii i gotowych na ryzyko ludzi. A oni na Myśliwieckiej muszą  spędzić ze sobą przynajmniej pokolenie, żeby stworzyć wielki zespół. Bo czy stworzą legendę, czy znajdą w swoich szeregach osobowości na miarę największych trójkowych postaci – tego już nikt nie przewidzi.

Komentarze

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook IconTwitter IconŚledź nas n Instagramie!Śledź nas n Instagramie!

Korzystając z tej witryny akceptujesz politykę prywatności więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close