Jesienią miałam przyjemność recenzować dwie, rewelacyjnie przyjęte przez czytelników książki Magdaleny Majcher Wszystkie pory uczuć. Jesień oraz Matkę mojej córki. Po zamknięciu „Jesieni” z niecierpliwością czekałam, aż w moje ręce trafi „Zima”, w której główną bohaterką nie jest już dobrze nam znana Hania, lecz Róża – wychowawczyni w domu dziecka. Kobieta z przeszłością…

Uwielbiana przez wszystkie dzieciaki w domu dziecka Róża w końcu postanowiła zawalczyć o swoje szczęście. Po wielu, wypełnionych samotnością latach, zdecydowała się dać szansę miłości i przyjęła oświadczyny Tadeusza, który wodził za nią oczami już od wielu lat. Nie było łatwo podjąć jej tę decyzję – wszak miała ona zaważyć nie tylko na życiu Róży, ale i jej młodszej siostry Miłki, którą przed laty przyrzekła matce chronić przed wszystkim i przed wszystkimi.

O przeszłości się nie zapomina

Miłka nie była w pełni „normalna”. W trakcie jej narodzin pojawiły się pewne komplikacje, w wyniku których Miłka miała do końca życia pozostać ciut upośledzona umysłowo. Rozwijała się trochę wolniej niż inne dzieci, miała trudności z adaptacją w nowym środkowisku, przez co stała się oczkiem w głowie rodziców. Róża zaś weszła w rolę starszej siostry, która musi opiekować się młodszą i we wszystkim jej ustępować. Nie sprawiało to jej większych problemów do czasu, gdy w pewną sylwestrową noc za sprawą Miłki życie Róży zmieniło się nieodwracalnie… Sylwestrowe wydarzenia sprawiły, że siostrzana relacja bardzo się skomplikowała i nic już nie było takie samo.

Powieść inna niż wszystkie

„Wszystkie pory uczuć. Zima” to znakomita, trzymająca w napięciu do ostatniej kartki powieść obyczajowa, wyróżniająca się na polskim rynku wydawniczym. Magdalena Majcher rozwija się jako pisarka: sięga po to nowe tematy, kreuje coraz ciekawszych i bardziej złożonych bohaterów. Nie boi się pokazać postaci mrocznych, które nie wzbudzają sympatii bohatera. Autorka nie boi się podejmowania niewygodnych tematów i kreślenia bohaterów z trudną przeszłością. Co więcej, wychodzi jej to fantastycznie. To, co najbardziej mi się podoba w postaciach tej autorki, to właśnie bohaterowie – nigdy nie są czarno-biali, w każdym, nawet na pozór krystalicznym bohaterze, kryje się jakaś „skaza”, która sprawia, że dana postać jest ciekawa i trudno ją jednoznacznie ocenić, sklasyfikować.

Pieśń przeszłości

„Zima” jest wyjątkowa pod wieloma względami: autorka przedstawia swoim czytelnikom psychopatę, kobietę łamiącą kulturowe tabu, starszych ludzi, wciąż wierzących w miłość, osobę nieco upośledzoną. Mamy tutaj prawdziwą różnorodność bohaterów. Za to ogromny plus dla pani Magdy. Część tej historii toczy się w naszej zimowej stolicy – Zakopanem. Miejscowość ta jest ukazana w pięknej zimowej scenerii. Aż chce się rzucić wszystko i pojechać w góry, chociaż na kilka dni.

Magdalena Majcherw poruszyła w „Zimie” kilka niezwykle ważnych, ale i trudnych wątków – mamy tutaj do czynnienia z niszczącą tajemnicą, pielęgnowaną przez lata. Pojawia się wątek miłości w dojrzałym wieku oraz zwiazania się z młodszym partnerem – tym razem jednak młodsza nie jest kobieta, lecz facet. I to sporo. Ta różnica wieku szokuje i Różę i najbliższe otoczenie jej przyjaciółki. Bardzo mnie cieszy, że Magdalena Majcher przełamuje stereotypy i pokazuje tak świadome i odważne kobiety, których przecież w prawdziwym życiu jest coraz więcej.

Magdalena Majcher w moim odczuciu jest pisarką, która ma do spełnienia misję – pisałam to już przy okazji pisania recenzji „Jesieni”, powtórzę się i przy „Zimie”. Lektura książek wychodzących spod jej pióra to nie tylko uczta dla ducha, ale też dla oka – wystarczy spojrzeć na przepiękną okładkę „Zimy”. Jestem wzrokowcem, poza tym uwielbiam piękne okładki, czasem tylko dla nich kupuję książki. Biało-czerwona kolorostyka, zimowe kubeczki i termosy z parującą kawą lub herbatą (co kto woli) – prostota, a jaka piękna. Wszystko się ze sobą idealnie komponuje. To zdecydowanie moja ulubiona okładka Magdaleny Majcher. Przywodzi na myśl zarówno romantyczne eskapady we dwoje, jak i przypomina o korzystaniu z uroków śnieżnej zimy. Pasuje też idealnie na prezent z okazji zbliżających się walentynek. Postawiona na półce wygląda pięknie i wyróżnia na tle innych książek.

„Wszystkie pory uczuć. Zima” przeczytałam jednych tchem, bez żadnej przerwy, w jakieś półtorej godziny. Po prostu nie mogłam oderwać się od lektury, która porwała mnie już od pierwszej strony i trzymała w napięciu do ostatniej kartki. Byłam tak bardzo ciekawa, co wydarzyło się podczas pamiętnego sylwestra…

Powieść z PRL-em w t(y)le

Na uwagę zasługuje również tło powieści. Chodzi oczywiście o czasy PRL-u, które autorka opisała tak wiarygodnie i z taką dbałością o szczegóły, że poczułam klimat tych czasów. Mnie jeszcze wtedy nie było na świecie (autorki również), nie możemy więc ich pamiętać. Znamy je jedynie z opowieści naszych najbliższych, a Magdalena Majcher sprawiła, że kartki na żywność czy gol Grzegorza Lato przestał być abstrakcją. Ja dowiedziałam się czegoś nowego, jednak dla wielu czytelniczek lektura ta może stać się bardzo przyjemną podróżą w przeszłość. 

Książkę czyta sie bardzo dobrze dzięki podzieleniu akcji na przeszłość i teraźniejszość – czytelnik może dzięki temu domyślać się pewnych wydarzeń, ale musi poczekać chwilę, by sprawdzić, czy jego tok rozumowania był słuszny.

Jeśli lubicie cykl „Wszystkie pory uczuć” to z pewnością ucieszy Was wiadomość, że autorka zakończyła już prace nad kolejną częścią, czyli „Wiosną”, która ukaże się… niebawem i bardzo intensywnie pracuje nad ostatnią odsłoną serii, czyli „Latem. Nie wiem jak Wy, ale ja już się nie mogę ich doczekać.

 

Wiele można było powiedzieć o ślubie Róży i Tadeusza, ale na pewno nie to, że był bajkowy. W bajkach księżniczki, wychodząc za księcia, mają co najwyżej dwadzieścia lat i wszystko przed sobą, a w przypadku Róży śmiało można było rzec, iż większość życia ma już za sobą, nawet gdyby założyć, że dożyje setki. Również jej przyszły mąż odbiegał od wyobrażeń na temat typowego pana młodego, a i sama ceremonia była wyjątkowo jak na taką uroczystość skromna i zwyczajna. Na gości nie czekał  bogato zastawiony stół, wynajęta do nieprzyzwoicie wczesnych godzin porannych sala weselna czy kapela, której członkowie, odpowiednio zachęceni wysokoprocentowymi trunkami, mieliby zabawiać towarzystwo szlagierami weselnymi do momentu, aż ostatni biesiadnik chwiejnym krokiem zejdzie z parkietu. 

 


Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Wydawnictwu Pascal oraz Autorce: