Pamiętacie „Przebudzenie Olivii”? Pora powrócić do poznanych tam bohaterów, choć główną rolę zagrają Erin i Brendan, którzy dotychczas byli wyłącznie drugoplanowymi postaciami.

Dwa serca, które przekonają się, jak cienka jest granica między nienawiścią i miłością. Erin Doyle nigdy nie przepadała za Brendanem Langstromem. Jej zdaniem ten facet uosabia najgorsze męskie cechy. Jest kobieciarzem, który nie angażuje się w bliższe relacje i uwodzi kobiety tylko po to, aby przeżyć przygodę na jedną noc. Kiedy okazuje się, że Brendan nie ma gdzie mieszkać, z pomocą przychodzi mu narzeczony Erin, który jest jego przyjacielem. Nie pytając dziewczyny o zgodę, Rob zaprasza go do ich wspólnej posiadłości. Wkrótce świat Erin legnie w gruzach, a Brendan okaże się dla niej jedynym wsparciem. Po wszystkim nie będzie już taka pewna, czy jedyne, co do niego czuje, to nienawiść.

„Pokusa Erin” jest powieścią, którą można czytać nie znając pierwszego tomu, czyli „Przebudzenia Olivii”, jak i znając jego treść. Jest to swego rodzaju kontynuacja tamtej historii, choć pierwsze skrzypce zdecydowanie grają Erin i Brendan, czyli przyjaciółka Olivii z czasów studiów oraz Brendan, brat Willa. Jeśli zastanawialiście się, co słychać u Olivii i Willa, to przy okazji wiele się o nich dowiecie.

Miałam pewien opór przed rozpoczęciem jej czytania. Jednocześnie chciałam i nie chciałam tego robić. Chciałam poznać pokręconą historię Erin i Brendana oraz dowiedzieć się, co dalej działo się u Olivii i Willa, ale jednocześnie bałam się, że zawiodę się na kontynuacji. Na szczęście moje obawy były w pełni nieuzasadnione. Dostałam prawie 450 stron wciągającej, znakomitej lektury. W większości poznajemy ją, patrząc na nią z perspektywy Erin. Jednak te momenty poprzetykane są fragmentami wspomnień Brendana sprzed ponad 3 lat. Są urozmaiceniem, które jednocześnie, krok po kroku, wyjaśnia wiele zachowań mężczyzny i podejmowanych przez niego decyzji. Wprowadza również wiele pytań, na które na szczęście wszyscy, prędzej lub później, otrzymamy odpowiedź. Wydaje mi się, że będziecie tym usatysfakcjonowani.

Pokusa Erin” to mieszanka wybuchowa. Co w niej znajdziecie? Przede wszystkim znakomitą relację hate – love. Jeśli lubicie w książkach ten motyw, to „Pokusa Erin” koniecznie musi trafić na Waszą listę książek do przeczytania. Nie zabrakło tu również trójkąta pomiędzy Erin, Robem i Brendanem. Nie myślcie tylko, że autorka zamieściła jakieś sceny rodem z filmów porno. To po prostu relacja na poziomie emocjonalnym i to w znakomitym wydaniu. Do tego mnóstwo iskier sypiących się pomiędzy Erin i Brendanem oraz wręcz wyczuwalnego pożądania i napięcia. Jednak na tym się ta historia nie kończy. Elizabeth O’Roark dorzuciła łyżkę dziegciu do całości, by nie było Wam zbyt wesoło (bo momentami będzie bardzo) i gorąco. Wszystkie negatywne czy smutne wydarzenia mają swoje drugie dno, jednocześnie przemycając sobą coś ważnego. Obwinianie się za niepowodzenia, branie odpowiedzialności za coś, za co niekoniecznie jest się odpowiedzialnym. To jedne z tematów, z którymi zetkną się oboje.

Wiecie co jest jeszcze znakomite w tej książce? Jej okładka. Niby to po prostu polska wersja tej okładki, jednak jest dużo lepsza od oryginału. Bardziej klimatyczna. I co najważniejsze, idealnie oddaje pożądanie i namiętność pomiędzy bohaterami. Liczą się detale i tu właśnie ich nie zabrakło. Brawa dla grafika za ten okładkowy majstersztyk.

Muszę się jednak przyczepić do pewnej kwestii, która drażniła mnie od samego początku, a niestety pojawia się dość często. Chodzi o spolszczenie słowa „lunch”, które w tej książce jest zapisane jako lancz. Drażniło moje oczy bardzo mocno. Mimo że słowo to zostało oficjalnie spolszczone przez językoznawców, to nie widzi mi się ono i zdecydowanie wolę jej oryginalną pisownię.


Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu