Po „Dworze w Czartorowiczach” Moniki Rzepieli przyszła pora na kolejną książkę tej autorki. Podobnie jak poprzednie dwie, powstała ona w ramach Sagi Polskiej. Tym razem przenosimy się nie do XIX wieku, ale do średniowiecza. Nasza podróż dotyczy okresu poprzedzającego chrzest Mieszka I. Jednak nie to stanowi główny wątek „Słowiańskiego siedliska”.

We wcześniejszych książkach Monika Rzepiela przybliżała czytelnikowi historię i tradycje z XIX wieku. Dzięki temu stawały się one doskonałym obrazem tamtejszych czasów. „Słowiańskie siedlisko” świetnie przedstawia warunki życia panujące w średniowiecznej osadzie. Jest to o tyle ciekawe, że język, jakim posłużyła się autorka, nie jest współczesny. Pojawia się sporo archaizmów przez co lektura trwa nieco dłużej. Trzeba się bardziej wczytać i zrozumieć całość. Jednocześnie właśnie dzięki temu zabiegowi, książka jest unikatowa i łatwiej oczyma wyobraźni przenieść się do chłopskiej chaty.

Dwie siostry i jeden mężczyzna

Chociaż obserwujemy kilka rodzin mieszkających w jednej osadzie, najważniejszymi bohaterkami są dwie siostry – Rzepka i Dziewanna. Są pod każdym względem różne od siebie, jednak się kochają i są najlepszymi przyjaciółkami. Kiedy dorastają zakochują się w tym samym mężczyźnie – Dobromirze. Jego rodzina mieszka w osadzie i siostry znają chłopaka od dziecka. Teraz ich kontakt jest ograniczony przez to, że Dobromir dołączył do wojów Mieszka. Jak Dziewanna i Rzepka sobie poradzą i kogo wybierze sam Dobromir?

Poza wątkiem miłosnym, jest także szereg wątków pobocznych, a część rozdziałów dotyczy innych osób. Między innymi obserwujemy starania Mieszka I o rękę Dobrawy, której warunkiem jest to, że książę przyjmie chrzest. Zatem dzieje się sporo i jest ciekawie.

Średniowieczna kultura w pigułce

Podczas lektury widać, że autorka dobrze przemyślała książkę, widać znajomość staropolskiej kultury i panujących zwyczajów. Jeżeli połączy się to z tym, o czym wspomniałam wcześniej, czyli zastosowanym językiem, otrzymujemy tytuł, który szybko przenosi nas do średniowiecza.

„- Urok jaki kto rzucił czy co? – mruknęła do siebie.

A kiedy stan córki się nie poprawiał – dziewczyna wciąż leżała na posłaniu i jęczała, że się źle czuje – matka wysłała Lestka po Libuszę. Zaledwie stara weszła do chałupy i pochyliła się nad chorą, rodzicielka w kąt izby się oddaliła, by stamtąd poczynania znachorki obserwować. Libusza mieszała jakieś zioła, wąchała je i zaklęcia nad nimi odmawiała. Gdy gusła odprawiła, odezwała się do Białki:

– Waszą córkę jakiś otrok zauroczył. Dajcie wodę i jajko. Urok odczynię”.


Książkę objęłyśmy patronatem medialnym dzięki współpracy z: