mad dogJakiś czas temu spotkałam się z niecodzienną i negatywną opinią na temat ludzi czytających w miejscach publicznych (parki, pociągi, komunikacja miejska, itp.). Okazuje się, że niektórych irytuje widok ludzi pogrążonych w lekturze. Widać ich. Tych demonstracyjnie zaczytanych. Są wszędzie. Mole książkowe zakichane. Z aktem czytania wychodzą poza obręb intymnych czterech ścian i robią to na pokaz. Szpanerzy książkowi. Książkowy ekshibicjonizm. Nie ma na to jakiegoś paragrafu…?

Statystyczny Polak po książkę sięga z roku na rok coraz rzadziej. Powodów (a może lepiej: wymówek?) jest oczywiście cała masa: brak czasu, przytłaczające obowiązki domowe, dzieci, stresująca praca, chora babcia… Oczywiście zgadzam się, że życie, które czasami podrywa nas do szaleńczego galopu nieco osłabia zapał do czytania książek, ale jednocześnie zawsze podkreślam, że umiejętność czytania oraz miłość do książek wynosimy z domu rodzinnego. Miłośnik książek nie szuka wymówek, by odkładać lekturę na potem, lecz szuka okazji ku temu – i znajduje. W zabieganym świecie, w którym żyjemy chwile spokoju znajdujemy w różnym miejscu i czasie. Nie dziwi mnie to, że ludzie czytają gdzie tylko mogą. Wobec tego, w czym tkwi problem? W jaki sposób widok osoby czytającej książkę może kogoś irytować?

Kiedyś, lata świetlne temu, jechałam autobusem. Na jednym z przystanków wsiadła starsza pani i stanęła obok dwóch młodzieńców siedzących na siedzeniach koło siebie. Jeden z nich był ubrany w luźny dres i miał zawadiacko założoną czapeczkę z daszkiem. Drugi był skromnie ubranym, przeciętnym młodym człowiekiem, który nieco zgarbiony czytał książkę. Babcia stanęła i czekała na resztki dobrego wychowania tlące się w dorastającym polskim społeczeństwie – nie doczekawszy się, zaczęła ostrzegawczo fukać, co również zostało bezczelnie zignorowane przez obu chłopców. Wreszcie odezwała się do chłopaka w dresach – Czy mógłbyś mi ustąpić miejsca? – oczywiście nie było to pytanie postawione w tak grzecznej formie, ponieważ starsza pani była już mocno zirytowana, ale sens był dokładnie taki. Młody mężczyzna oburzył się i spytał dlaczego nie spyta się tego drugiego, na co starsza pani odrzekła – Ale ten pan czyta książkę, a pan nie.

Zakończenie tej historii umknęło mej pamięci, ale do końca zapamiętałam jawną dyskryminację Pani, która podzieliła tych dwóch młodzieńców wedle kategorii „czyta/nie czyta” i dokonała swoistej hierarchizacji, według której czytający książkę miał większe prawo siedzieć. Mój instynkt podpowiadał mi wyraźnie, że osobę, która czyta, nie przestają obowiązywać zasady dobrego wychowania i również powinien był ustąpić starszej pani.

Być może to jest właśnie irytujące? Ludzie zaczytani pozwalają sobie odpłynąć beztrosko do krainy fantazji, by potem tłumaczyć się „Przepraszam, nie zauważyłem…” w sytuacjach podobnych do tej wyżej wymienionej? Czytanie czytaniem, ale kultura musi być…? Z drugiej strony nigdy nie spotkałam się, żeby o osobie czytającej ktoś powiedział w takiej sytuacji, że jest niewychowana.  Nie jest niewychowana, tylko się zwyczajnie zaczytała… Czy to jest sprawiedliwe? Nie wiem. Jedno wiem: czytanie książek nie jest niczym złym, niestosownym ani irytującym, nawet w komunikacji miejskiej.

Dawno temu w czasach beztroskiego dorastania miałam szkolną koleżankę z ławki, która zawsze przed lekcją angielskiego siadała pod klasą i czytała „Harry’ego Pottera” w oryginale, aby poprawić sobie notowania u nauczycielki, mimo że nie do końca rozumiała co czyta. Pomyślałam sobie wtedy: „Pozerka!”. Prawdopodobnie pomyślałam tak dlatego, że wówczas mój angielski mocno kulał i zwyczajem rozemocjonowanych nastolatków, nienawidziłam wszystkich, którzy lepiej ode mnie władali tym językiem.

Można za książką schować się przed staruszką w autobusie, można też z książki zrobić narzędzie pijarowe… Lecz czy to jest prawdziwy powód tego, aby denerwować się na widok osoby czytającej książkę? Nie sądzę. Miłość do książek i chęć lektury jest czymś znacznie głębszym i nie da się tego spłycić do tego stopnia. Nawet jeśli ktoś czyta i coś na tym korzysta, to nie zmienia to faktu, że jednak czyta. Poza tym nie popadajmy w przesadę. Gdyby czytanie książek okazało się niezawodnym sposobem na staruszki w tramwaju czy autobusie, to gwarantuję, wszyscy pasażerowie siedzieliby z nosami w książkach. Gdyby ostentacyjne czytanie publikacji branżowej tuż przed rozmową kwalifikacyjną mogło zagwarantować pracę, każdy kandydat kupiłby największą cegłę w księgarni (sama bym tak zrobiła!). Ale tak nie jest. Sam akt czytania jest kompletnie niezwiązany z konsekwencjami z tego wynikających. Albo się czyta bez względu na czas, miejsce, okoliczności i skutki uboczne, albo się nie czyta w ogóle. Osoby należące do tej drugiej grupy mogą odczuwać dyskomfort, bo… No właśnie, dlaczego? Bo też by chciały lubić czytać? I kto tu komu zazdrości…? A może po prostu statystyczny Polak ma dość przypominania mu wciąż, że nie czyta? W końcu czytanie to nie jest obowiązek obywatelski ani żaden akt patriotyczny, za który przyznają medal. A może istnieje zupełnie inny powód, który mi w głowie się zupełnie nie mieści?