okladka_GUTOWSKA_druk.inddTej autorki chyba nie trzeba nikomu przedstawiać? Recenzję jej powieści „Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord” możecie przeczytać na naszym portalu, inną bestsellerową książką tej autorki, którą pewnie wiele z Was czytało jest zapewne „Cukiernia pod amorem”. A co znajdziemy w „Kalendarzach”, której premiera pod koniec września?

„Kalendarze” to sentymentalna podróż do czasów dzieciństwa, w której każdy z nas znajdzie coś, co przypomni mu własne szczenięce lata. Główna bohaterka, już dojrzała kobieta, musi zmierzyć się z czymś, z czym zmierzyć się musi każda matka – chwilą, kiedy jej pisklęta opuszczają rodzinne gniazdo. Słowa „wyprowadzam się” wypowiedziane przez syna brzmią niemal jak zaklęcie, które zmieniają jej dotychczasowe życie. Pojawia się naturalny wewnętrzny konflikt emocji: z jednej strony radość, że dzieci są dorosłe i samodzielne (udało się nam je wychować…!), a z drugiej strony smutek i strach przed pustką, która nieuchronnie nastąpi – typowe objawy syndromu opuszczonego gniazda.

Już wieczór. Siedzę przy biurku ze słuchawkami w uszach. Próbuję pracować, ale wciąż czuję tę nieznośną pustkę. Chce mi się płakać, chociaż to nie ma sensu. Tak miało być od początku. Po to cię urodziłam. Ten dzień musiał kiedyś nadejść. To czysta teoria, że można się do tego przygotować.

Akcja powieści toczy się dwutorowo – raz z punktu widzenia dojrzałej już kobiety-matki, a raz z punktu widzenia małej dziewczynki. Główna bohaterka wraca pamięcią do dzieciństwa i przywołuje moment, który zmienił jej dotychczasowe życie – narodziny jej młodszej siostry, kiedy ona sama miała sześć lat. Przywołuje obraz swojego domu rodzinne w wiejskiej miejscowości: praca przy kurach i krowach, świniobicie, ciepło wspomina gospodarną babkę, a nawet oschłego i awanturniczego dziadka, któremu wolała schodzić z drogi jako dziecko. Wczesne wspomnienia osadzone są w latach 60. Dzieciństwo dla głównej bohaterki to był szczęśliwy okres, w którym czuła się po prostu szczęśliwa i bezpieczna. Te powroty pomagają jej odnaleźć się w nowej sytuacji, w której zostaje sama w domu, źle sypia, z przyzwyczajenia kupuje za dużo jedzenia i  nie może się skupić na swojej pracy.

Czarno-biały telewizor Turkus, szczególny przedmiot domy rodziców, włączało się dopiero wieczorem. Wcześniej nie było po co, ponieważ emisję programu zaczynano po południu. Co innego w niedzielę i święta, wtedy już od rana leciały amerykańskie kreskówki oraz filmy familijne, które szczególnie miło oglądało się późną jesienią i zimą, gdy na dworze lał deszcz lub ściskał mróz, a w domu huczał rozpalony kaflowy piec.

W „Kalendarzach” czas płynie powoli – główna bohaterka jawnie delektuje się wspomnieniami z dzieciństwa – przywołuje ciepłe obrazy gotowania rosołu, rozpalania w piecu kaflowym, rozmowy z babcią, karmienie kur czy psów w gospodarstwie. Wątek współczesny jest również prowadzony nieśpiesznie, jak gdyby autorka chciała podkreślić, że po wyprowadzce synów dla głównej bohaterki życie zwolniło tempo. Wspomnienia są tak ulotne, tak kruche w naszej pamięci – Małgorzata Gutowska-Adamczyk w swojej najnowszej książce udowadnia, że warto pielęgnować wspomnienia z przeszłości.

Lektura „Kalendarzy” Gutowskiej Adamczyk to przyjemna lektura na spokojne jesienne wieczory, kiedy bardzo łatwo o sentymentalny nastrój. Zawarte w powieści miłość, ciepło rodzinne oraz życiowa mądrość sprawiają, że nie jest to zwykła książka – istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że jeśli poprzednie powieści autorki przypadły Wam do gustu, to ta pozycja może stać się Waszą ulubioną książką pisarki.

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Wydawnictwu Literackiemu.

logo wydawnictwo literackie