Przed Wami kolejna powieść Jagody Wochlik. Poznajcie nietypowe, słodko – gorzkie perypetie Róży Więdłochy.

Ta opowieść jest jak migdały – trochę słodka, trochę gorzka… Zaczyna się jak niezły film. Róża Więdłocha, poznańska bibliotekarka, ma poukładane, spokojne życie. Właśnie kupiła mieszkanie, niebawem wychodzi za mąż. Tyle że na drodze do jej szczęścia staje prawdziwa miłość… Róża sama czuła się jak potłuczona filiżanka. Nie do naprawienia. Ktoś ją kiedyś upuścił, wypuścił z rąk. Potłukła się. I choć próbowała się pozbierać, posklejać, już nie poznawała misternego wzoru własnego życia. Niektóre części pogubiły się bezpowrotnie. Na innych, choć nadal wydawały się dość duże, widniały głębokie rysy. Nic tylko puknąć, a rozlecą się na setki kawałków, które już nigdy nie złożą się w całość.

Róża, uciekając przed przeszłością, postanawia zmienić całkowicie swoje życie. Rzuca się na głęboką wodę. Zmienia miejsce zamieszkania i pracę. Próbuje zacząć z czystą kartą. Nie spodziewa się, że na swojej drodze spotka tyle życzliwych jej osób. Czy jednak to wszystko pomoże jej się posklejać na nowo? A przede wszystkim czy pomoże skleić pęknięte serce?

Róża ma swoje wady i zalety, które czynią z niej prawdziwego człowieka, a nie tylko postać z kart książki. Jak każdemu zdarzają się jej dobre i złe lub wręcz głupie decyzje. Szczególnie jedna scena znakomicie obrazuje to ostatnie. Jednak wciskając Różę w tak niestosowną sytuację (zdradzę Wam jedynie, że chodzi o pewną rozmowę z mężem bliskiej jej osoby), autorka pokazała w pewien sposób, jak nie powinno się postępować. Kiedy czyta się o jej losach, można poczuć się tak, jakby czytało się historię kogoś znajomego, zwykłego człowieka, takiego samego, jak my wszyscy. Popełniającego błędy, niebędącego sztucznie stworzonym ideałem.

Ta historia zasługuje na przyznanie jej kilku plusów. Należą się one przede wszystkim za lekkość historii i zawarty w niej humor, mimo teoretycznie dość trudnego tematu przewodniego. Jagoda Wochlik nie zrobiła z tego patetycznego dramatu, roztrząsającego problemy Róży niemal do atomów. Wyszła jej znakomita historia z jajem.

Kolejny plus należy się za ukryte w powieści przesłanie. Autorka przybliża nas do niego przez całą lekturę książki, zdradzając małymi, niczym skorupki filiżanki, fragmentami, o co w tym wszystkim chodzi. Kiedy dojdziecie do finału i spojrzycie na całość z perspektywy ostatniej strony, wszystko ułoży się Wam w logiczną całość. Dojrzycie, że przez cały czas byliście na to dyskretnie naprowadzani.

Dodatkowy plus, typowo prywatnie i subiektywnie, daję autorce za umieszczenie w fabule sceny z filmem „Thor:Ragnarok” i dyskusję bohaterów o nim oraz o całym uniwersum Marvela, z którego ten film pochodzi. A nie od dziś wiadomo, że kocham wszystko, co jest związane z Marvelem. Czy to komiksy, czy filmy. Było to dla mnie miłe zaskoczenie i urozmaicenie książki. Przyznam, że wszystkie dyskusje o filmach stanowiące elementy fabuły, były znakomitą rozrywką. A znajdziecie ich tam sporo, gdyż nasza bohaterka dołącza do poznanego w kinie Dominika, by pomóc mu nagrywać recenzje filmów umieszczane na jego kanale na You Tube.

Ta historia to komedia, dramat i powieść obyczajowa w jednym. Mieszanka idealna, z idealnie zachowanymi proporcjami pomiędzy poszczególnymi wątkami. Mimo że momentami akcja zwalniała nieco za bardzo, to w ogólnym rozrachunku stwierdzam, że było ciekawie. Być może zarówno bohaterka, jak i czytelnicy, przy tym natłoku wydarzeń, potrzebują momentów wyciszenia.

Róża nie dodała, że sama czuje się jak potłuczona filiżanka. Osiemdziesiąta ósma. Nie do naprawienia. Ktoś ją kiedyś upuścił, wypuścił z rąk. Potłukła się i choć próbowała się pozbierać, posklejać, już nie poznawała misternego wzoru własnego życia. Niektóre części pogubiły się bezpowrotnie. Na innych, choć nadal wydawały się dość duże, widniały głębokie rysy. Nic tylko puknąć, a rozlecą się na setki kawałków, które już nigdy nie złożą się w całość.

 

Jagoda Wochlik w oryginalny sposób dokonała podziału swojej powieści. Są tu „skorupki”, zamiast rozdziałów. Dodatkowo każda z nich rozpoczyna się cytatem z jakiegoś filmu. Każda skorupka to jednocześnie kolejny krok Róży w jej życiu po porzuceniu. W którą stronę one pójdą, czy będą to kroki ku dobrym zmianom, czy też bardziej ku upadkowi (wszak nie zawsze muszą być szczęśliwe zakończenia), tego Wam nie zdradzę. Mam jednak nadzieję, że sięgniecie po nią sami, by ją przeczytać.

Dla kogo jest ta książka? Przede wszystkim dla czytelników, którzy gustują w dobrej literaturze obyczajowej, ale i w komediach romantycznych czy lekkich dramatach. Oraz tych, którzy szukają nie tylko dobrej rozrywki, ale i czegoś z mądrym przesłaniem. Świetnie będzie pasować czytelnikom, którzy lubią powieści Doroty Schrammek. Z całą pewności będą nią usatysfakcjonowani. Będzie również idealną lekturą dla osób stojących na rozdrożu i zmuszonych do podjęcia ważnych życiowych decyzji. Być może Róża pomoże Wam zrobić krok w odpowiednim kierunku.

Kulturantki objęły powieść „Wszystkie róże świata” patronatem medialnym i już za kilka dni będziecie mogli wziąć udział w organizowanym przez nas konkursie i powalczyć o jeden z egzemplarzy książki.


Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu