Już 7 czerwca w polskich kinach zagości obraz niemieckiego reżysera i scenarzysty Larsa Kraume „Milcząca rewolucja”. Milczenie nie zawsze jest złotem i niekoniecznie popłaca. Jaką cenę przyjdzie zapłacić za nie młodym buntownikom?

 

Niemy sprzeciw

Jest rok 1956. Theo Lemke (Leonard Scheicher) oraz Kurt Wächter (Tom Gramenz) są szkolnymi przyjaciółmi z niewielkiego miasteczka w NRD. Podczas kolejnej nielegalnej podróży do RFN, której pretekstem jest złożenie kwiatów na grobie dziadka Kurta, oficera SS, chłopcy zakradają się do kina. Przypadkowy seans filmowy, dokumentalny zapis powstania węgierskiego zderza chłopców z prawdą o rewolucji – oto za granicą giną młodzi, podobni im idealiści, niegodzący się na życie pod jarzmem socjalistycznym. Świadomość analogicznego położenia Wschodnich Niemiec znajdujących się w radzieckiej strefie okupacyjnej popycha przyjaciół oraz zapalonych entuzjastów ze szkolnej klasy do zorganizowania na początku lekcji historii minuty ciszy w celu wyrażenia poparcia dla węgierskich pobratymców.

 

Głośny kontratak

Pozornie niewinne zachowanie zbuntowanych nastolatków pociąga za sobą szereg konsekwencji: oto w odniesieniu do szkolnego środowiska wręcz zawężonego do pojedynczej, niewielkiej grupy obserwujemy zjawiska rządzące światem w skali makro. Jako że w sprawę celowo wyolbrzymionych „kontrrewolucyjnych działań wrogów państwa” angażuje się sam minister edukacji wraz z chętnymi wykazać się poplecznikami, opanowana (za nie tak odległych czasów wojny) do perfekcji sztuka propagandy zaburza relacje między rówieśnikami, którzy zaszczuci przestają sobie wzajemnie ufać, a dodatkowo zastraszani reperkusjami wobec rodzin stają przed dylematem, czy pozostać wiernym sobie i prawdzie, czy poddać się zabezpieczając życie, pracę oraz dobre imię najbliższych krewnych. Nagonka przybiera na sile bezlitośnie niszcząc niepodporządkowanych ogłupiającemu systemowi, którego marionetki pałają jawną nienawiścią i lękiem wobec samodzielnie myślących ludzi.

Bunt, przebudzenie świadomości i potrzeba działania są przymiotem młodości, jednak czy następstwa niepoprawnego politycznie zaangażowania warte są niewspółmiernie wysokiej ceny? Do jak dramatycznych skutków piętnujących kolejne lata życia może doprowadzić jedna minuta braku pokory?

Nie zawsze milczenie jest złotem. Czasami kosztuje sporo odwagi, a efekt, z którym przyjdzie się zmierzyć bywa porażający. Konsekwentna cisza może wywrzeć większy wpływ, aniżeli oczyszczające uwolnienie emocji i głosu.

„Milcząca rewolucja” pomimo wyczerpania wszelkich znamion dramatu (popartego rzeczywistą historią) nie jest filmem defetystycznym. Nie ilustruje klęski i nie pozbawia nadziei, choć pozostaje ona specyficznie gorzka.

 

 

 


 

Za możliwość obejrzenia i zrecenzowania filmu dziękujemy: