Dwadzieścia siedem snów_v03

Po raz kolejny upewniłam się w przekonaniu, że nie należy oceniać książki po okładce. Przed lekturą najnowszej powieści Marty Alicji Trzeciak spodziewałam się lekkiej historyjki, idealnej do czytania na hamaku w leniwe letnie popołudnie. Tymczasem dostałam książkę, którą każdy czytelnik zinterpretuje na swój sposób. Pełną tajemnic, niedopowiedzeń oraz miejscowych legend. Nasyconą niepewnością, zjawiskami nadprzyrodzonymi, dwuznacznościami i wszechobecnym realizmem magicznym. Największy jednak atut tej książki to, moim zdaniem, kobieca siła. Pozornie słaba płeć została ukazana jako silna, nieugięta i nieustraszona, a przy tym wspierająca siebie nawzajem. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że właśnie tego współczesnym kobietom potrzeba – wsparcia i kobiecej mądrości, przekazywanej z pokolenia na pokolenie. 

Wszystko zaczyna się od momentu, gdy do domu Szarych przyjeżdża młoda pisarka, która chce w ciszy i spokoju napisać nową książkę. Zamierza wynajmować u nich pokój przez dwadzieścia siedem nocy. Stopniowo odkrywa rodzinne sekrety, uważnie śledzi wydarzenia z przeszłości, by później zawrzeć je w swojej powieści. Od najmłodszej Szarej dowiaduje się, że w pokoju, w którym przyszło jej mieszkać, dzieją się dziwne rzeczy – uschnięte kwiaty wracają do życia, okno otwiera się samoistnie, a w nocy słychać cichy szept pewnego rodzinnego ducha… Pisarkę fascynuje również tajemnicza Milena, mieszkająca samotnie na wzgórzu, mająca opinię miejscowej kobiety lekkich obyczajów, która sprowadza innych na złą drogę. Najbardziej jednak zaskakują słowa Laury Szarej, która wyjawia kobiecie w tajemnicy, że to ona wezwała ją do tego domu (z drobną pomocą magicznych formułek zawartych w starej książce jej babci), by pomogła najmłodszej mieszkance domu odwrócić klątwę rzuconą w dawnych czasach na kobiety z tego rodu. Klątwa spadła na nie za ich krnąbrność, niezależność i oszukanie samego diabła, któremu nie podporządkowały się jako jedyne we wsi. Od tej pory w każdym pokoleniu mogło urodzić się tylko jedno dziecko, a mężczyźni nie zagrzewali zbyt długo miejsca u boku tych, jakże pięknych i mądrych, kobiet.

– To jakby pierwsze okrążenie, prawda? Jakby życie tego rodu – tych kobiet przypominało niekończący się wyścig, w którym biegnie się ciągle w kółko.

– Zgadza się. Dlatego one tak bardzo obawiają się przeszłości i przyszłości – bo uważają, że już na starcie skazane są na błędy poprzedniego okrążenia – swoich matek, babek, ciotek.

Z każdym upływającym dniem młoda pisarka nie wie już, w co ma wierzyć. Dochodzi do takiego momentu, że nie odróżnia, co w jej życiu jest jawą, a co snem. Jakby tego było mało, książka nad którą pracuje, zaczyna pisać się sama… Każdy sen kobiety owocuje nowym rozdziałem, a rozwiązania dręczących ją zagadek przychodzą i w dzień, i w nocy. Czytelnik musi sobie odpowiedzieć na dwa (być może najważniejsze) pytania: kto jest bohaterem powstającego dzieła? I czy przypadkiem nie jest tak, że sama pisarka jest postacią z własnej książki…?  

Tam, gdzie nie ma potencjału, nie ma prawdziwej zawiści. Lekkoatleta nie darzy zawiścią rzeźbiarza, a malarz nie zazdrości konstruktorowi mostów. Dlatego, że to nie ich bajka. W naszym kraju jest pełno zdolnych ludzi, którzy maja wiele talentów. Ale wciąż jeszcze dość rzadko je wykorzystują, wciąż jeszcze dość rzadko stawiają na jedną kartę i chcą się temu talentowi poświęcić. Dlatego tak to u nas wygląda. Jeżeli ktoś czuje, że być może zmarnował swoją szansę, rośnie w nim gorycz. A goryczy trudno się pozbyć. Wystarczy jedna kropelka, by wypełnić smakiem usta, żołądek i całe trzewia. Czasem szklanka słodyczy nie jest w stanie przebić smaku jednej gorzkiej kropli.   

Marta Alicja Trzeciak posługuje się często językiem symbolu i metafory, zwłaszcza w przypadku snów głównej bohaterki. Buduje napięcie, nie mówi wszystkiego wprost. Bardzo rozbudowała płaszczyznę oniryczną, czym podbiła moje serce. Książkę należy czytać bardzo uważnie, pilnować, by nie uronić nawet jednego słowa, gdyż może okazać się ono kluczowe w innym fragmencie. Nie myślcie jednak, że autorka porusza tutaj tylko tematy oniryczne i baśniowe. Z precyzją wirtuoza wplotła fragmenty dotyczące cierpienia, konfliktu pokoleń, uzależnień, które potrafią zniszczyć całe rodziny. Książka „Dwadzieścia siedem snów” traktuje również o przeznaczeniu (czy można przed nim uciec? oszukać?), odbudowywaniu zerwanych więzi, wyrywaniu się ze szponów podstępnego nałogu. Jest pełna życiowej mądrości.

Czasem tak trudno jest zaakceptować cierpienie… A zwłaszcza gdy dotyka tych, których kochamy. Chciałoby się odwrócić wzrok, zapomnieć, wyobrazić sobie, że to się nie działo naprawdę. Wiem, ze moc takich wspomnień nie zadziała na nikogo tak, jak na mnie. To, co kieruje naszymi czynami jest prywatne, osobiste, w gruncie rzeczy niezrozumiałe dla ludzi z zewnątrz. Nasze najgłębsze i najbardziej bolesne przeżycia są dla innych tylko obrazem, który – w miarę możliwości – starają się zinterpretować. To jak jak ze snami. Ten, kto obudził się z niezwykłego snu, przeżywa coś niepowtarzalnego. jego emocje są poruszone, jakby przez całą noc ktoś grał na nich jak na instrumencie muzycznym. Człowiek, który śnił coś niezwykłego, mógłby godzinami opowiadać o swoim śnie. Jednak dla postronnych słuchaczy zawsze pozostanie on tylko pewnym rodzajem ciekawostki. Nigdy nie będą w stanie wczuć się w te przeżycia jak ich prawowity właściciel.     

Dla książki „Dwadzieścia siedem snów” warto zarwać niejedną noc. To lektura, która na długo zostaje w pamięci, po którą chętnie sięga się kolejny raz żeby spróbować odczytać jej sens na nowo. Polecam ją z czystym sumieniem i mogę śmiało powiedzieć, że już od dłuższego czasu nie zdarzyło mi się mieć do czynienia z tak dobrą kobiecą literaturą. Gwarantuję, że najnowsza powieść Marty Alicji Trzeciak nie będzie kolejną przeczytaną przez Was książką. Stanie się prawdziwą literacką ucztą.

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu

Wydawnictwo_Kobiece