lenanajdeckafoto„Rodzina Wenclów” to pierwsza polska saga o dorobkiewiczach, doskonała satyra na współczesną klasę średnią. W niedługim czasie w księgarniach pojawić się ma ostatnia część tej trzytomowej historii. O kulisach powstawania „Rodziny Wenclów”, inspiracjach i nie tylko, zgodziła się porozmawiać z nami Lena Najdecka, autorka sagi.

Pani Leno, bardzo dziękuję, że zechciała Pani poświęcić swój czas naszym czytelnikom i odpowiedzieć nam na kilka pytań.

Dziękuję za zaproszenie, jest mi bardzo miło.

Niewiele znalazłam informacji na Pani temat… Czy mogłaby Pani przedstawić się naszym czytelnikom w kilku słowach?

Rzeczywiście, do tej pory występowałam pod pseudonimem. To była świadoma decyzja. Pisząc dwa pierwsze tomy, wciąż byłam zatrudniona w korporacji, a korporacja jako specyficzne środowisko, swego rodzaju system, to jeden z tematów mojej książki.

Urodziłam się w Warszawie, gdzie skończyłam italianistykę na U.W. Zawsze miałam zacięcie artystyczne, zdecydowałam się zatem na kolejne studia, kierownictwo artystyczne w Mediolanie. Udało mi się dostać wymarzoną pracę, zostałam art directorem w korporacji. Zdawało mi się, że moje aspiracje do kreacji zostaną zaspokojone, a przy okazji miałam poczucie, że zarabiam, w końcu tak mnie wychowano, po to się uczyłam. A jednak nie przynosiło mi to satysfakcji. Pracowałam tam dziewięć lat i stopniowo, w moim odczuciu stawało się to katorgą. Pamiętam jak w niedzielę wieczorem z przerażeniem myślałam o poniedziałku. Czułam, że nie byłam na właściwym miejscu. Zawsze chciałam pisać, ale myśl o tym, by robić coś tak beztroskiego i oderwanego od rzeczywistości, napawała grozą mnie i moich bliskich, wydawała się kaprysem, mrzonką…

„Rodzina Wenclów” to Pani debiut literacki. Czy zaczynając pisać, wiedziała Pani, że powieść rozrośnie się aż do 3 tomów?

Tak, to było zaplanowane od samego początku.

Skąd czerpała Pani inspiracje do napisania dwóch pierwszych części sagi? Czytając niektóre fragmenty, bardzo życiowe, czułam się jakbym czytała o swoich zawodowych doświadczeniach z przeszłości (zwłaszcza sytuacja z mobbingującą kierowniczką w jednej z korporacji).

Pracując w korporacji, naturalnie doświadczyłam tego wszystkiego, czego można zakosztować w typowej, dużej organizacji. Ciekawiły mnie mechanizmy, kierujące ludźmi, skłaniające do specyficznych, czasem patologicznych zachowań, ale tak naprawdę daleka byłam od osądzania kogokolwiek.

Tak, korporacje jest to pewnego rodzaju forma współczesnego niewolnictwa, ale czy nie zawsze tak było w ludzkiej historii? Stosunki feudalne istniały od zarania dziejów, teraz przybrały nieco inną postać. Są wykorzystujący i wykorzystywani, lecz nawet artyści mają swojego mecenasa – choćby nie wiem jak deklarowali niezależność poglądów. Niestety, nawet oni muszą jeść.

Tak wiec powstaje pytanie, czy naprawdę można uciec od tego świata? Czy aby praca na własny rachunek to nie ułuda, eskapizm od rzeczywistości, jednostek niezdolnych do stawienia czoła prawdziwemu światu (Mordorowi)? To ważne pytanie, na które mój ulubiony bohater próbuje znaleźć odpowiedź właśnie w trzeciej części.

Czy najważniejsze postaci sagi były wzorowane na prawdziwych osobach z Pani otoczenia?

Nigdy nie opieram swoich postaci, na jednej, konkretnej osobie. Powstałby wtedy przerysowany, niewiarygodny twór – paradoksalnie mniej realny od zmyślonego. Postać musi iść za pomysłem autora, a nie odwrotnie. Nie jestem typem pisarki, która notuje wysłuchane na ulicy dialogi, nie jestem kronikarzem. Myślę, że stwarza to wrażenie przypadkowości i nie pomaga spójności fabuły.  Żadna z najważniejszych postaci – nikt z Wenclów, nie jest budowany w oparciu o jedną osobę. Wyposażam Wenclów w cechy kilku, różnych osób, które mają podobne skłonności.

Długo kazała Pani czekać swoim czytelnikom na kolejne części „Rodziny Wenclów”. Pierwsza część „Wspólnik”, została wydana w 2011 roku, druga „Układ” w 2013, ostatnia część „Rozgrywka” jeszcze nie została wydana. Co spowodowało tak długie odstępy czasu pomiędzy kolejnymi tomami? Czy wynika to z długiego procesu twórczego, czy z czynników zewnętrznych?

Raczej z „czynników” zewnętrznych. Mam dwóch małych synków, chcę odpowiednio wyważyć czas. To dla mnie nowość, pewien luksus, sama określam, ile czasu poświęcam rodzinie, a ile na pracę. A rodzina lubi czerpać pełnymi garściami;)

Czy ujawni nam Pani jakieś informacje, czego czytelnicy mogą spodziewać się w ostatniej części?

Tylko tyle, że książka NIESTETY proroczo odzwierciedla to, co się dzieje w polityce, a przecież nie miałam pojęcia, że to się tak potoczy:) Nic jeszcze na to nie wskazywało, poza moim wewnętrznym przeczuciem i wrodzonym czarnowidztwem.

Z jakim odbiorem sagi przez czytelników spotyka się Pani podczas chociażby spotkań autorskich?

Odbiór jest bardzo pozytywny, czytelnicy pytają o kim piszę;) Nie wiem czy to dobrze, ale dla większości z nich ta historia zdaje się być tak realna, że nie dopuszczają oni myśli, iż może być ona  fikcją, czystą kreacją.

Zdradzi nam Pani swoje plany na przyszłość związane z pisaniem? Może ma Pani już jakiś pomysł na nową książkę?

Tak, mam. Ale na razie nie ma sensu o tym opowiadać.

Czy trudno jest debiutantowi wydać i wypromować swoją powieść w Polsce?

Tak, jeśli jest się debiutantem, graniczy to z cudem. Trzeba mieć twarde łokcie jak w każdym biznesie, proszę mi wierzyć. Nie odbywa się to inaczej, niż w światku korporacyjnym, choć przybiera to bardziej zawoalowane formy..

Czy ma Pani jakiś swój rytuał związany z pisaniem? Coś, bez czego nie zaczyna Pani pisać?

Osobiście zazdroszczę mężczyznom pisarzom! Na przykład słyszałam, że pan Jacek Dehnel przypina sobie zegarek z dewizką, elegancko się ubiera. Chciałabym móc powiedzieć coś podobnego, nieźle to brzmi… Nie będę mówić, jak wygląda to u mnie, bo byliby Państwo rozczarowani;)

Jakie książki czyta Lena Najdecka – pisarka?

Bardzo różne, trochę nie lubię tego zdradzać. Mam swoich ulubieńców, szczególnie trzech amerykańskich tuzów – Scotta Fitzgeralda, Henry’ego Jamesa i Johna Steinbecka. Z wielkich Włochów moim ulubionym jest Alberto Moravia – mistrz narracji, zaraz za nim Italo Svevo – niezbyt znany w Polsce, a genialny! Autoironiczny, przewrotny – polecam Państwu!.

Rodzina Wenclów jest świadomym odniesieniem do mojej ukochanej Sagi Rodu Forsytów Johna Galsworthy’ego – przecież zachodzi ewidentne podobieństwo miedzy Wenclami a Forsytami – i jedni i drudzy są nowobogaccy, tyle że tamci żyli sto pięćdziesiąt lat temu, a nasi nuworysze teraz.

Boje się, że cywilizacyjna przepaść może wynosić dokładnie tyle samo.

Uwielbiam jeszcze Jane Austen, a z kryminałów Agathę Christie, nie będę w tym oryginalna.

Ale czytam też Małgorzatę Musierowicz, znam Jeżycjadę na pamięć, gdy jestem przeziębiona, działa kojąco jak herbatka z miodem. Inna autorką, którą uwielbiam jest Krystyna Nepomucka.

Zawsze jak jest mi smutno, płaczę ze śmiechu, czytając sagę o małżeństwie niedoskonałym. Postać ojca jest majstersztykiem.

Bardzo dziękuję za rozmowę i poświęcony nam czas. Z niecierpliwością czekam na ostatnią część sagi o Wenclach oraz życzę samych sukcesów związanych z promocją powieści.