Seryjny detektyw

Seriale detektywistyczne wciągają jak czarna dziura. Pytanie, które faktycznie zasługują na perfidne odebranie nam kilku godzin życia. Moje ukradli Dale Cooper, Rust Cohle, Ellie Miller i Alec Hardy. Jedyne czego żałuję, to tego, że już nigdy nie będę miała okazji obejrzeć po raz pierwszy „Twin Peaks”, „Detektywa” ani „Broadchurch”. 

Rynek seriali kwitnie, kryminalne wyrastają jak grzyby po deszczu. Kto zabił, dlaczego zabił? Zadajemy sobie te pytania, gorączkowo obgryzając paznokcie przed ekranem telewizora. Nie słyszymy gwizdu czajnika, dźwięku domofonu ani uporczywie dzwoniącego telefonu. Kot może dobrać się do rybek, dziecko do kosmetyków, nieważne. Musimy wiedzieć, co będzie dalej. Z zapartym tchem śledzimy przygody ulubionego detektywa, nic nie jest w stanie nas od tego oderwać.

Znacie to uczucie? Uzależnia.

„Twin Peaks” (lata 1990-1991), David Lynch, Mark Frost

Absolutnie najlepszym serialem detektywistycznym, jaki obejrzałam do tej pory, jest kultowy „Twin Peaks” z lat 90-tych. Nie ma w nim o ani jeden odcinek za dużo, nie mówiąc już o sezonie. Mało tego, nie zauważyłam, żeby jakakolwiek scena była zbędna, a to jest rzadkość w seriach, szczególnie tych nie będących miniseriami. Struktura produkcji byłaby według mnie bezbłędna, gdyby nie dysproporcja pomiędzy sezonami. Pierwszy zawiera osiem odcinków, drugi aż dwadzieścia dwa. No, ale trudno, „nobody’s perfect”.

W „Twin Peaks” prawie wszystko jest jedyne w swoim rodzaju. Począwszy od niesamowitej historii, przez nietuzinkowych bohaterów, rozbrajające, bardzo specyficzne poczucie humoru, lekko psychodeliczną atmosferę (zwłaszcza pod koniec), po niezwykłą muzykę skomponowaną przez Angela Badalamenti.

Kto zabił Laurę Palmer? To pytanie zadają sobie mieszkańcy jej rodzinnego miasteczka Twin Peaks i na to pytanie próbuje odpowiedzieć Dale Cooper, agent specjalny FBI. Chociaż kreacja Kyle’a MacLachlana jest, nie przesadzając, genialna, „Twin Peaks” to nie serial jednego bohatera. Większość postaci jest nieszablonowa, wręcz karykaturalna, ale trudno, żeby w cyklu z tak zwariowaną fabułą nie roiło się od równie zwariowanych bohaterów.

Gdybym miała krótko podsumować „Twin Peaks”, zrobiłabym to za pomocą dwóch słów: zero sztampy. Oglądajcie i zachwycajcie się. Jednak z góry uprzedzam, że jeżeli ktoś nie trawi Davida Lyncha, powinien trzymać się z daleka od „Twin Peaks”. To jeden z tych reżyserów, których albo się kocha, albo nienawidzi. Jeśli nie udało się wam obejrzeć żadnego filmu Lyncha, współczuję i, poza „Twin Peaks”, polecam także rewelacyjną „Dzikość serca” (świetna rola Nicolasa Cage’a, mimo że często krytykuje się go za ograniczoną mimikę) i wstrząsającego „Człowieka słonia” ze znakomitym Anthonym Hopkinsem.

„Detektyw” (lata 2014-2015), Nic Pizzolatto

Dla mnie pierwszy sezon “Detektywa” to przede wszystkim Matthew McConaughey. Wcześniej kojarzyłam go głównie z komedii romantycznych jako tzw. niezłe ciacho. Ładna buzia, wysportowane ciało, charyzmy nie stwierdzono. Kolosalna pomyłka! Nastąpiła zmiana o 180 stopni i to przynajmniej rok wcześniej. W 2013 r. wyszedł doskonały film „Witaj w klubie” z McConaugheyem w roli głównej. Aktor diametralnie się przeobraził. Ten hollywoodzki lowelas zaskakująco łatwo wskoczył w spodnie wychudzonej ofiary AIDS o zniszczonej twarzy i zdartym głosie, z zabójczo wyrazistą osobowością. Czapki z głów. Oscarowa rola.

W „Detektywie” McConaughey zdumiewa chyba nawet bardziej. Jest antypatyczny, niepokojący i tak charyzmatyczny, że nie sposób oderwać od niego wzroku. Jego filmowy partner Woody Harrelson, jak by nie było, aktor przez duże A, nie ma z nim szans w bitwie na zdolności aktorskie. Przynajmniej nie w tym serialu.

Reżyser Nic Pizzolatto, choć do Hitchcocka sporo mu brakuje, wyjątkowo umiejętnie buduje napięcie. Fabuła wręcz wsysa, od pierwszego do ostatniego odcinka sezonu numer 1 (numer jeden chronologicznie i zdecydowanie numer jeden dla mnie). Na pewno nie bez znaczenia jest fakt, że serial porusza trudną tematykę pedofilii, w Kościele i poza nim. W połączeniu z morderstwem tworzy najbardziej odrażający duet, jaki można sobie wyobrazić, w związku z czym budzi bardzo silne emocje, jakich oczekujemy od seriali tego typu.

„Detektyw” składa się z dwóch niezależnych sezonów. Inni bohaterowie, inna historia. Drugi sezon nie wzbudził we mnie szczególnego zainteresowania. Być może dlatego, że nie trawię Colina Farrella. Bynajmniej nie z powodu rozstania z naszą rodzimą aktorką Alicją Bachledą-Curuś. Po prostu. Podobnie mam z Judem Lawem. Różnica tkwi w ocenie talentu aktorskiego. Lawowi nie można go odmówić, w Farrellu niestety się go nie doszukałam. W drugim sezonie przyjemność sprawiła mi jedynie gra Rachel McAdams („Spotlight”!) i Vince’a Vaughna (z lżejszych filmów z jego udziałem całkiem miło oglada się „Sztukę zrywania”).

Nie namawiam do obejrzenia drugiego sezonu, ale też nie odradzam. Natomiast pierwszy to zupełnie inna bajka i powinien go zobaczyć każdy, kto lubi seriale detektywistyczne.

„Broadchurch” (lata 2013-2017), James Strong i inni

„Broadchurch” zafascynował mnie ponurym, melancholijnym klimatem charakterystycznym dla brytyjskiego kryminału, zarówno literackiego, jak i filmowego. Od razu nasunęło mi się skojarzenie z powieścią sir Arthura Conana Doyle’a „Pies Baskerville’ów”, zekranizowaną po raz pierwszy w 1939 r. „Pies Baskerville’ów” doczekał się jeszcze czterech innych ekranizacji, ostatniej w 2000 r. Historia mrozi krew w żyłach. Szczerze polecam wszystkim fanom tego rodzaju książek i filmów.

Wracając do „Broadchurch”, akcja serialu toczy się we współczesnym świecie, w niedużym nadmorskim mieście w Wielkiej Brytanii. Początkowo jest bardzo wyspiarsko, ale nudni na pierwszy rzut oka mieszkańcy okazują się być pełni niespodzianek, niekoniecznie miłych. Brzydkie sekrety wychodzą na jaw podczas śledztwa dotyczącego zagadkowej śmierci miejscowego jedenastolatka. Prowadzą je detektyw Alec Hardy i sierżantka Ellie Miller. Postaci grane przez Davida Tennanta i Olivię Colman są z krwi i kości. Żadni superbohaterowie. Zdarzają im się żenujące pomyłki i słabości, które, poza wyprowadzaniem widza z równowagi, jednocześnie zbliżają go do Hardy’ego i Miller, dzięki czemu łatwiej wczuć się w serial.

Istnieje wiele produkcji filmowych, których finał jest oczywisty już na wstępie. Na szczęście, oglądając „Broadchurch”, aż do samego końca nie byłam pewna, kim jest zabójca. Serial trzyma w napięciu i jest naprawdę dobry.

Kolejność opisania polecanych przeze mnie seriali detektywistycznych nie jest przypadkowa. „Twin Peaks” nadal pozostaje dla mnie numerem jeden i nie sądzę, żeby kiedykolwiek to się zmieniło. „Detektyw” wywalczył drugą pozycję całkiem zasłużenie i póki co nie widzę dla niego żadnego rywala. Natomiast „Broadchurch”… Cóż, zobaczymy. Na pewno nie będzie mi przykro, kiedy trafię na serię, która spodoba mi się bardziej.

Komentarze

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Facebook IconTwitter IconŚledź nas n Instagramie!Śledź nas n Instagramie!

Korzystając z tej witryny akceptujesz politykę prywatności więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close