Wyprzedzając walentynki o prawie miesiąc, napiszę o miłości. Nie o tej banalnej i niestrawnej, którą serwują harlequiny i kiepskie komedie romantyczne. Nie. Będzie o uczuciach skomplikowanych, trudnych, „banowanych“ przez społeczeństwo do dzisiaj, a zobrazowanych w trzech cudownych filmach: „Kochanku“, „Angielskim pacjencie“ i „Carol“.

Wymienione przeze mnie filmy to ekranizacje głośnych powieści, według mnie o niebo lepsze od literackich pierwowzorów. Nie jestem fanką porównywania filmów i książek, to zupełnie odmienne formy przekazu. Chociaż, jeśli mam być szczera, zazwyczaj bardziej zachwycają mnie książki. Można w nich utonąć. Film to takie półtoragodzinne szast-prast i po sprawie. Mimo to obrazy, o jakich chcę napisać, dosłownie pochłonęły mnie od paluchów po czubek głowy, z głośnym mlaśnięciem. W przeciwieństwie do powieści. Prawdę mówiąc – wybaczcie niezbyt wyrafinowaną krytykę – ich autorzy najzwyczajniej w świecie przynudzali.

Co takiego wyjątkowego mają w sobie „Kochanek“, „Angielski pacjent“ i „Carol“, że postanowiłam o nich napisać? Czytajcie dalej. Mam nadzieję, że zachęcę Was do spędzenia wieczoru z Annaudem, Minghellą lub Haynesem.

„Kochanek“ (1992 r.), Jean-Jacques Annaud

Czasem wystarczy samo nazwisko reżysera, żeby wiedzieć, że film jest dobry. Ta reguła bez wątpienia sprawdza się w przypadku „Kochanka“. Jean-Jacques Annaud gniotów nie robi. Pamiętacie „Imię róży“ z genialnym Seanem Connerym? Klasa sama w sobie. To właśnie jedno z „dzieci“ Annauda. Bliskie mi choćby z tego względu, że przyszło na świat w tym samym roku co ja. „Kochanek“ jest utrzymany w zupełnie innej tonacji, ale jedno łączy oba dzieła – są mistrzowsko wyreżyserowane.

Co mnie urzekło w „Kochanku“? Przede wszystkim zdjęcia. Wyglądają, jakby wyszły spod pędzla Boudina. Niemal każde ujęcie jest przesycone zmysłowością i harmonią, lecz pod wierzchnią warstwą pozornego spokoju pulsują silne emocje. Tego cudu dokonał operator Robert Fraisse, za co całkowicie zasłużenie otrzymał nominację do Oscara. Warto wiedzieć, że ten sam artysta zrealizował wspaniałe zdjęcia do jednego z moich ulubionych melodramatów – „Pamiętnika“ Nicka Cassavetesa, z 2004 r.

Fabuła „Kochanka“ jest oparta na powieści o tym samym tytule, autorstwa Marguerite Duras. Podobno autorka czerpała pełną garścią z własnych doświadczeń. Doświadczeń nie byle jakich, trzeba zaznaczyć. Historia opowiada o miłości nieletniej Francuzki pochodzącej ze zubożałej rodziny i nieprzyzwoicie bogatego, dojrzałego Chińczyka. Żeby było bardziej egzotycznie, akcja dzieje się w gorącym i wilgotnym Sajgonie lat trzydziestych.

Film jest erotyczny, ale nie wulgarny. Pomiędzy głównymi aktorami – pięknym, eterycznym jak skośnooki elf z baśni Tonym Ka Fai Leungiem oraz delikatną, niewinną i zarazem niesłychanie seksowną Jane March – iskrzy tak wyraźnie, że ostrzejsze sceny aż elektryzują. Sensualność tej produkcji drażni zmysły, nie przekraczając granic dobrego smaku. Zachwyca.

W „Kochanku“ można się zakochać. Przekonajcie się sami.

„Angielski pacjent“ (1996 r.), Anthony Minghella

Gdyby ktoś mnie zapytał, jaki jest mój ulubiony film, bez wahania odpowiedziałabym: „Angielski pacjent“. Nie do końca wiem dlaczego. Widziałam niejeden piękny romans ze znakomitymi aktorami, doskonałą muzyką i zjawiskowymi zdjęciami. Jednak najbardziej urzekł mnie „Angielski pacjent“ Anthonego Minghelli, na motywach powieści Michaela Ondaatje. Film jest jedyny w swoim rodzaju. Oczarowuje już w pierwszych minutach (przynajmniej mnie, bo moją przyjaciółkę usypia, czego nie mogę jej wybaczyć do tej pory).

Rzecz dzieje się pod koniec II wojny światowej. Narracja właściwa jest przepleciona wspomnieniami głównego bohatera (w tej roli boski Ralph Fiennes), opowiadającymi o wydarzeniach z lat trzydziestych. O jego tragicznej miłości do zamężnej kobiety (Katrin Scott Thomas, którą uwielbiam). Ta opowieść w opowieści przenosi w świat pustynnych krajobrazów Sahary. Podziwiamy je z niezwykłą muzyką Gabriela Yareda w uszach, co potęguje i tak intensywne wrażenia. Za cudowne zdjęcia jest odpowiedzialny John Seale. Otrzymał za nie Oscara.

W filmie, w czasie rzeczywistym, pojawia się kolejny, paradoksalnie raczej poboczny, wątek miłosny z udziałem Juliette Binoche. Bardzo lubię i cenię tę aktorkę, ale niespecjalnie zainteresowały mnie losy postaci, którą grała. Całym sercem wczułam się w tę drugą historię, historię burzliwego romansu węgierskiego hrabiego z mężatką z brytyjskich wyższych sfer (wbrew pozorom kiczu brak).

Najważniejszą nagrodę przyznawaną przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej zgarnął nie tylko Seal. „Angielski pacjent“ został nagrodzony również w innych kategoriach: za najlepszy film, aktorkę drugoplanową (Juliette Binoche), reżysera, muzykę, scenografię (Stephenie McMillan, Stuart Craig), kostiumy (Ann Roth), dźwięk (Christopher Newman i inni) i montaż (Walter Murch).

Robi wrażenie, prawda? Naprawdę warto obejrzeć ten film.

„Carol“ (2015 r.), Todd Haynes

Dla mnie „Carol“ to przede wszystkim fenomenalna gra aktorska. Cate Blanchett jako tytułowa bohaterka Carol Aird zagrała wspaniale. Z kolei Rooney Mara weszła w rolę Therese Belivet jak w masło. Nie wyobrażam sobie żadnej innej aktorki na jej miejscu, zupełnie jakby ta postać została stworzona specjalnie dla niej.

Historia, wymyślona i napisana przez Patricię Highsmith w formie powieści w 1952 r., opowiada o trudnej miłości pomiędzy dwiema kobietami. Jedna z nich jest zamężna, druga spotyka się z innym mężczyzną, obie pochodzą ze skrajnie różnych światów, a jednak zakochują się w sobie bez pamięci bardzo romantycznie, bo od pierwszego wejrzenia.

Film dobrze oddaje atmosferę książki. Jest refleksyjnie, melancholijnie, wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. I taka też jest Therese Belivet. Swoją drogą, trochę dziwi mnie tytuł filmu (i powieści, oba są zbieżne). Przecież główną bohaterką jest Therese, z jej perspektywy śledzimy przebieg wydarzeń. Może chodzi o to, że dla Therese Carol jest najważniejszą osobą na świecie, ważniejszą od niej samej? A może chodzi o charyzmę Carol, charyzmę której zdecydowanie brakuje Therese? Nie wiem. W każdym razie uważam, że tytuł jest z lekka nie fair.

„Carol“ zdobyła wiele nagród, choć żadnego Oscara. To akurat nie wydaje mi się niesprawiedliwością. Film jest świetny, ale do arcydzieła sporo mu brakuje. Niemniej szczerze go polecam.

Także tak. Jeżeli nie przepadacie za cukierkowymi produkcjami filmowymi z byle jakim scenariuszem i łatwym do przewidzenia zakończeniem, koniecznie obejrzyjcie te filmy. W Walentynki albo i nie. Ja tam lubię święto zakochanych, z tym że na samą myśl o wyjściu na miasto aż mnie ciarki przechodzą. Za dużo par trzymających się za rączki, za dużo czerwonych róż i stanowczo za bardzo przepełnione restauracje z krzykliwymi walentynkowymi dekoracjami. Wolę obchodzić Walentynki w domu. Smaczna kolacja, czerwone wino i dobry film. Na przykład jeden z opisanych przeze mnie wyżej.

Miłego oglądania!