Opowieść Hugh Ayneswortha i Stephena G. Michauda stanowi niepokojący, skrupulatny, a zarazem uderzający dokument poświęcony seryjnemu mordercy, Theodorowi Bundy’emu. Co sprawiło, że postać, która powinna zostać dokumentnie potępiona doczekała się rangi kultowego, pokracznie rozumianego celebryty, który do dziś żywo funkcjonuje w mass mediach?

Zagadnienia poruszające w dyskursie społecznym i na polu kulturalnym, kwestie niejasnych zbrodni, szeroko pojętych aberracji czy zaburzonych, nieprzewidywalnych jednostek od zawsze wzbudzają silne emocje i cieszą się niesłabnącym, czasami niezdrowym zainteresowaniem. W schemat (w pewnym stopniu) niewyjaśnionych przestępstw i bezwzględnego, zwierzęcego zewu śmierci wpisuje się osławiony Ted Bundy.

Dopracowane pozory

Ted Bundy, przykładny uroczy młodzieniec, student ambitnych kierunków – psychologii, orientalistyki, prawa, obywatel zaangażowany w politykę, nie sprawiał wrażenia psychicznie zwichniętego człowieka. Clou jego postaci doskonale zawiera się w powyższym słowie: wrażenie. „Ostatni żywy świadek” doskonale uwypukla, jak w przypadku osoby nieobliczalnej nieocenioną wręcz rolę odgrywają złudzenia i wyobrażenia doprowadzone do patologicznego mistrzostwa. Autokreacja spełniła swoją funkcję i została utrzymana praktycznie do samej śmierci. Początkowo podsycana była wypaczoną wizją siebie, którą zresztą przyjęło społeczeństwo najpierw nie przypisując psychopacie popełnianych wyjątkowo brutalnych morderstw, następnie nie dowierzając w winę elokwentnego, inteligentnego, zuchwałego i przystojnego oskarżonego, aż wreszcie wygłodniale oczekując kolejnych wieści o jego poczynaniach oraz o ofiarach zwyrodnialca.

Wypaczone drugie dno

Z lektury wyłania się niesamowity dualizm charakterologiczny Bundy’ego. Zasadniczo całe życie i każde działanie podlegało skrajnym stanom emocjonalnym – patologia ujawniała się w okresach depresyjności, która z kolei wiązała się ze wzmożonym spożywaniem alkoholu będącego siłą napędową brawury wykorzystywanej w jednym celu: tropienia, uprowadzania, ohydnego wykorzystywania seksualnego, aż po ostatecznie zadawaną śmierć.

Reporterska wnikliwość autorów nie spoczęła wyłącznie na seksualnej, morderczej bestii, którą stał się (przechodząc przez poszczególne etapy życia, doszukując się zwiastunów silnie zaburzonej psychiki). Wiele dowiadujemy się o denatkach – młodych kobietach mających rodziny, przyjaciół, pracę, studia i – przede wszystkim – przyszłość, którą łatwo, oraz – co znamienne – przypadkowo unicestwił  Bundy. Jak sam przyznał, nie postrzegał ich jako ludzi, jednostki, lecz obiekty służące zaspokojeniu nagłych, palących potrzeb (stąd, poza jedynym tytułowym ostatnim żywym świadkiem – Carol DaRonch – której udało się uciec uniknąwszy śmierci, pozostałe dziewczyny nie mogły w żaden sposób wpłynąć na seksualny i morderczy instynkt psychopaty). Jest to o tyle istotne, że zachłyśnięcie się mediów Bundym musiało stanowić i zapewne stanowi kontynuację traumy i tragedii kilkudziesięciu rodzin, w których kobiety padły ofiarami nienasyconego zbrodniarza.

Nie jestem przekonana, czy powinnam używać w odniesieniu do Bundy’ego pojęcia „fascynujący”, ponieważ wydźwięk posiada dość pozytywne konotacje, jednak nie sposób odmówić kryminaliście fasadowego, wykreowanego uroku, którym zdążył zachwycić społeczeństwo amerykańskie.

Duże wrażenie wywarł na mnie pewien – zdawałoby się – truizm, którego jednak prawda jest przerażająca i silnie oddziałująca:

„Podczas ostatniej rozmowy z Hugh zdobył się na jeszcze więk­szą szczerość.

»Te zbrodnie były dość niezwykłe – przyznał. – Ale naprawdę straszne jest to, że żyje wielu ludzi, którzy nie siedzą w więzie­niach, a idzie im znacznie lepiej niż mnie«.

Idzie im znacznie lepiej niż mnie – to stwierdzenie brzmi dość jednoznacznie.

Hugh wyraził powątpiewanie. Podał przykład wtedy jesz­cze nierozwiązanej sprawy morderców dzieci z Atlanty, którym ewidentnie brakowało subtelności łowów Bundy’ego. Wayne Williams przyciągał uwagę dosłownie każdym morderstwem, jakiego się dopuścił.

»Ale widzisz – zwrócił się Ted do Hugh – ktoś tak rzuca się w oczy, a i tak mu się udaje. W południowej Florydzie toczy się teraz sprawa, w której mężczyzna… wykopują ciała z ziemi w jego gospodarstwie! Jedna dziewczyna zniknęła w 1975 roku. On jest po pięćdziesiątce, tak? Teraz siedzi za przestępstwa seksu­alne. I według wszelkiego prawdopodobieństwa zajmuje się tym od dwudziestu, trzydziestu lat i nie został złapany – aż do teraz«.

»Skąd wiesz?«, zapytał Hugh.

»Zaczynają wcześnie – odparł Ted. – Problemy mogą nie ob­jawiać się przed dwudziestką. Mówię tu o czymś takim, że czło­wiek w tajemnicy porywa dziewczyny i w tajemnicy pozbywa się ciał. W każdej sprawie, o jakiej czytałem, bez wyjątku, Hugh, to zachowanie zaczynało się jakoś po dwudziestce«.

Ted uważał, że seryjni mordercy pojawiają się wśród nas ze statystyczną regularnością.

»Jest wielu zdolnych do tego ludzi – powiedział mi. – Ktoś na­prawdę przebiegły, nie mając wcale dużo pieniędzy, prawdopo­dobnie mógłby w nieskończoność unikać wykrycia. Od zawsze miałem teorię, że na każdą aresztowaną i oskarżoną o wielokrot­ne morderstwo osobę przypada prawdopodobnie z pięć kolej­nych, które gdzieś tam są (…)«”.

„Ostatni żywy świadek” nie jest lekturą dla każdego, jednak nie mam najmniejszych wątpliwości, że warto po nią sięgnąć. Książka nie stanowi opowieści sensacyjnej o seryjnym mordercy, bardziej zakrawa na dokładną wiwisekcję psychiki chorej i groźnej jednostki, która – przez wzgląd na barwną (niespójną i aktorską) osobowość – urosła do rangi sławnego, nieprzewidywalnego anty-bohatera.

 

*Cytat pochodzi z niniejszej pozycji


 

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy Wydawnictwu Bez Fikcji