Książka nie zawsze jest wyłącznie rozrywką dla umysłu, którą serwujemy sobie po długim, ciężkim dniu czy w wolnej chwili. Czasami książki uczą nas czegoś, powodują, że doceniamy to, co mamy i pozwalają nam otworzyć oczy. Tak jest właśnie w przypadku „Dziesięć poniżej zera” Whitney Barbetti.

Parker nie jest zwykła dziewczyną. Jej ciało zostało oszpecone bliznami przez psychopatę. Ona sama nie pamięta nic z tego ataku. I nie chce nic pamiętać. Uratowała ją wówczas przypadkowa osoba. Minęły trzy lata od tego wydarzenia, a ona nadal nie potrafi wrócić do normalnego życia. Wszyscy wokół bawią się, śmieją, rozmawiają, całują, a ona zawsze stoi z boku, obserwując wszystkich jak robią to, czego ona nie potrafi. Po prostu żyją. Nie zależy jej na niczym ani nikim. Jedyną emocją, jaką czuje, jest irytacja. Do czasu… Jeden przypadkowy sms, wysłany pomyłkowo na jej numer, okazuje się zmieniać jej życie. Jego nadawcą był Everett. Niesamowicie wredny, bezczelny, arogancki i natrętny facet. Uwielbiający naruszać jej przestrzeń osobistą. A co najgorsze, sprawia, że zaczyna znowu coś czuć. Nieustannie chodzący ubrany na czarno, jak gdyby wybierał się na pogrzeb. Swój pogrzeb. Bo Everett umiera. Jest niczym tykająca bomba, która nie wiadomo, kiedy wybuchnie. Z powodu siedzącego w jego głowie nowotworu, chce spędzić swoje ostatnie chwile naprawdę żyjąc, a nie tylko udając. Jednocześnie zmusza do tego Parker. Zmusza, do pokonania własnych demonów, które od trzech lat głęboko dusiła w sobie.

Wiecie jak powinno brzmieć hasło reklamowe Wydawnictwa NieZwykłego? „Wydajemy historie, których czytanie boli. Fizycznie i emocjonalnie”. To byłoby idealne określenie tego, co po raz kolejny dostałam od nich. Po „Terapii” i „Present Perfect”, znów czuję się jak masochistka, która katuje się takimi historiami. Ale nie przestanę. Bo, pomimo, że ich czytanie sprawia mi ból, doświadczam pewnego rodzaju otwarcia oczu, oświecenia. Odkrywam rzeczy, z których istnienia często nie zdawałam sobie pojęcia. I jednocześnie uczę się doceniać to, co mam. A to bardzo dużo.

Z początku wydawało się, że „Dziesięć poniżej zera” będzie kolejną historią, podobną jak wszystkie inne z gatunku new adult. Nieco romansu, nieco dramatu i szczęśliwe zakończenie na finał. Jednak im bardziej zagłębiałam się w kolejnych stronach powieści, tym bardziej w niej tonęłam, nie mogąc i nie chcąc się oderwać. A co najgorsze, im bliżej byłam końca, tym bardziej przeżywałam tę historię. Zaczynałam coraz bardziej rozmyślać o tym, co czytam i jak ja bym się czuła czy zachowywała w takiej sytuacji.

To piękna, ale i trudna historia. Bolesna, otwierająca oczy, na dodatek ma wiele warstw i porusza kilka bardzo trudnych tematów. Z jednej strony mamy, zamkniętą w swoim świecie, Parker i jej problemy po traumie sprzed kilku lat. Jej nieufność i obojętność na wszystko, co dzieje się wokół, z czym próbuje, swoimi działaniami, walczyć Everett. Z drugiej strony jest sam Everett, który umiera z powodu siedzącego w jego głowie nowotworu. Widzimy także emocje, z jakimi zmagają się bliscy Everetta w obliczu jego choroby. Sam chłopak ma także inne swoje problemy, z którymi mierzy się, próbując podejmować jak najlepsze, choć nie zawsze zrozumiałe dla innych, decyzje.

Jesteś zimna jak lód. Nie pozwalasz sobie czuć. Nie dbasz o nikogo. Nawet o siebie. – Przybliżył twarz jeszcze bliżej. – Tutaj – powiedział, naciskając nieco powyżej mojego serca – tutaj masz dziesięć poniżej zera. I jesteś bliższa śmierci niż ja.

 

„Dziesięć poniżej zera” to książką, którą trzeba przeczytać. A po co? Po to, by nauczyć się żyć. By zacząć to robić, jeśli do tej pory naprawdę tego nie robiliście. By nauczyć się wychodzić z własnej strefy komfortu i zacząć korzystać z tego, co jest wokół nas. Bo kto wie, co czeka za rogiem ulicy? Może zamykając się w swojej skorupie, omija Was coś, na czym naprawdę Wam zależy, co odmieniłoby Wasze życie na zawsze? Everett swoim zachowaniem pokazuje, co warto w życiu robić.

Everett mnie leczył. Zmuszał, bym znów odczuwała emocje. Pokazywał, jak żyć. Ale to leczenie, to życie, bolało. Bolało, bo wiedziałam, że on umiera.

 

Całości dopełnia jeszcze przepiękna okładka. Idealna. Wymowna. Która po przeczytaniu książki, staje się jeszcze bardziej zrozumiała i znakomicie oddaje treść książki.

Gorąco ją Wam polecam i uważam, że koniecznie musicie po nią sięgnąć. Kulturantki objęły tę książkę patronatem medialnym, więc już niedługo będziecie mogli wygrać jej egzemplarz. Śledźcie nas uważnie.


Za egzemplarz do recenzji dziękujemy