Marzec i kwiecień nie owijały w bawełnę z garncem i przeplataniem. Przeplatały i pogodę, i nastroje, i moje wybory literackie. Poniżej lista zupełnie niepasujących do siebie pozycji na dni deszczowe, dni słoneczne, dobry humor i brak humoru.

Wszystko z głupia frant, bo w kratkę. Trochę poezji, trochę prozy. Nowości wydawnicze, książki z brodą. Dla dojrzałego czytelnika, dla czytelnika dojrzewającego. Skomplikowana relacja matki i córki, zniknięcie podejrzanego o machlojki finansowe miliardera, dziewczyna ze skrzydłami, dziewczyna dmuchająca szkło. Nawet bez filozofii się nie obyło. Czytajcie.

„Graffiti Moon”, Cath Crowley

Na początku 2018 r. w ręce polskich czytelników trafiła całkiem niezła powieść młodzieżowa „Graffiti Moon” (wydawnictwo Jaguar). Teoretycznie już wyrosłam z młodzieżówek, ale tak naprawdę co z tego? Są takie dni, kiedy człowiek najzwyczajniej w świecie potrzebuje się zresetować przy niezobowiązującej lekturze, a mając do wyboru dobrą książkę dla młodzieży i harlequina, zdecydowanie wybieram to pierwsze. „Graffiti Moon” na pewno spodoba się artystycznym duszom; wrażliwcom. Bohaterowie zajmują się street artem; tworzą na murach obrazy i wiersze. Jest też dziewczyna dmuchająca szkło. Do tego wartka akcja i interesująca historia. Czyta się fajnie i szybko.

 

„Gorące mleko”, Deborah Levy

„Gorące mleko” ukazało się w Polsce w 2017 r., nakładem wydawnictwa Znak. Autorką jest Angielka, co niemal w każdym przypadku gwarantuje ironiczny dowcip na wysokim poziomie czyli taki, jaki lubię najbardziej. Temat książki jest niestety dość wyświechtany – toksyczna więź hipochondrycznej matki, która opanowała sztukę manipulacji do perfekcji, z uzależnioną od niej, niepewną siebie i zagubioną córką. Na szczęście Levy przedstawiła tę historię-kliszę zaskakująco lekko i zabawnie, choć bynajmniej nie powierzchownie. Dająca do myślenia powieść nie tylko dla matek i córek.

„Żółwie aż do końca”, John Green

Każdy, kto czytał Johna Greena, wie, że Green jest na jeden raz, a potem długo, długo nie. Najlepiej smakuje w przekładańcu. U mnie warstwy międzygreenowe były dość szerokie. Ostatnia książka tego autora, jaką czytałam, to „Szukając Alaski” z 2013 r. Dlatego teraz byłam w stanie przełknąć (i to ze smakiem!) świeże „Żółwie aż do końca”. Świeże, bo wydane przez Bukowy Las w listopadzie 2017 r. Książka niby opowiada o poszukiwaniu zaginionego miliardera, ale tak naprawdę kryminalna jest jedynie z pozoru. W tej historii chodzi o coś zupełnie innego. O walkę z ograniczeniami, jakie narzuca choroba, o tolerancję, umiejętność wybaczania, o miłość i przyjaźń. To tak w telegraficznym skrócie. Ze szczegółami najlepiej zapoznać się samemu.

„Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender”, Leslye Walton

Rok 2016 podarował polskim czytelnikom czarodziejską historię dziewczyny ze skrzydłami: „Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” (wydawnictwo Sine Qua Non). Realizm magiczny w wydaniu udanym, właściwie bardzo udanym. Powieść mnie dosłownie wessała. Pomimo baśniowości nie jest cukierkowa. Nie brakuje momentów ścinających krew w żyłach. Plastyczność niektórych scen ma wręcz makabryczny wymiar. Autorka powieści, amerykańska pisarka Leslye Walton, bez wątpienia posiada imponującą wyobraźnię. Chwilami aż nadto.

„Mini wykłady o maxi sprawach: trzy serie”, Leszek Kołakowski

Nie trzeba być absolwentem filozofii ani wielkim jej sympatykiem, żeby znać i cenić jednego z najwybitniejszych polskich filozofów, Leszka Kołakowskiego. Kołakowski w niezwykle klarowny, wnikliwy i – co najważniejsze – przystępny sposób dzielił się z innymi swoimi przemyśleniami dotyczącymi bardzo różnych tematów. „Mini wykłady o maxi sprawach: trzy serie” to wydany przez wydawnictwo Znak w 2009 r. zbiór jego wykładów poświęconych m.in. władzy, demokracji czy tolerancji (ale także rzeczy bardziej przyziemnych)… Spraw niezwykle istotnych zwłaszcza dzisiaj i zwłaszcza w Polsce. Lektura zachęca do myślenia, stawiania pytań, redefiniowania pojęć. Nie połyka się jej w całości, smakuje powoli. Najlepiej w spokojne wieczory, przed snem, kiedy człowiek jest wyciszony, ale jeszcze nie na tyle zmęczony, żeby zasnąć z nosem w książce.

„Chwila”, Wisława Szymborska

Nie jestem osobą, która nie wyobraża sobie życia bez poezji. Wręcz przeciwnie. Pamiętam czasy, kiedy unikałam wierszy jak diabeł wody święconej. Później dorosłam do tej formy literackiej, ale okres prosperity, gdy nie tylko czytałam, ale i próbowałam swoich sił w tworzeniu poezji, minął raczej bezpowrotnie. Natomiast Szymborska nadal ma dla mnie znaczenie szczególne. Lubię do niej wracać. Do jej przyjemnie ironicznego poczucia humoru, stylu pozbawionego afektacji nawet podczas poruszania trudnych tematów. Niezależnie od tego, po który tomik się sięgnie, nie ma mowy o rozczarowaniu. „Chwila” (wydawnictwo Znak, 2002 r.) nie stanowi wyjątku od reguły. Dodatkowo, nadprogramowo zachęcam do przeczytania biografii Szymborskiej „Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej”, napisanej przez jej sekretarza Michała Rusinka. Czyta się naprawdę ciekawie; książka zawiera wiele interesujących, znanych i nieznanych szczegółów z życia poetki. Mnie na przykład zainspirowała do robienia wyklejanek, co okazało się świetną zabawą.

Do wyboru, do koloru. Wybierajcie i czytajcie. Pogoda nadal płata figle. Z pewnością w najbliższym czasie czeka nas niejeden ponury deszczowy dzień, w sam raz na zaszycie się w domu z wymagającą (albo i nie) książką w jednej ręce i kubkiem parującej herbaty w drugiej. A gdy znów wyjdzie słońce, co może być przyjemniejszego od miłego relaksu nad wodą z lekką (dosłownie i w przenośni) lekturą?