Zastanawialiście się kiedyś, co byście zrobili, gdybyście dowiedzieli się, że Wasze serce przestaje pracować i zostało Wam jedynie 700 dni życia? Poznajcie historię Rosalie Heart i jej walki o przeżycie szczęśliwie ostatnich dni życia.

Rosalie Heart jest dwudziestodwuletnią studentką prawa. Dba o zdrowie i linię, spotyka się przyjaciółmi, korzysta z życia ile może. Jest szczęśliwą młodą kobietą, która powinna czekać na miłość swego życia. Niestety ma jeden mankament. Praktycznie nie ma serca. Serce Rose przestaje działać i zostały jej niecałe dwa lata życia. Dziewczyna, wbrew swoim bliskim, pogodziła się z tym, że wkrótce umrze. Po stu dniach oczekiwania, przestała mieć nadzieję, że znajdzie się dla niej zgodny dawca. W związku z tym, postanowiła wykorzystać czas, który jej pozostał i żyć chwilą, zgodnie z maksymą „carpe diem”. Próbuje zrobić jak najwięcej, tak naprawdę nie wiedząc, czy obudzi się następnego dnia. Czeka na ten dzień, nie myśląc o miłości czy związkach. Uważa, że to nie jest jej dane. Dzieje się tak do czasu, gdy podczas biegania w parku poznaje przystojnego Daniela, młodego lekarza. Dotychczasowy misterny plan dziewczyny upada, gdyż Rose chciałaby spędzić z nim jak najwięcej wspólnych chwil…

Zastanawialiście się kiedyś nad wartością waszego życia? Naszego ciała, umysłu, upływającego czasu? Szanujecie życie i czas, który wam dano? Pewnie nie. Problem w tym, że myśli o tym stanowczo za mało osób. Możliwe, że szanują je trenerzy fitness, myślą o nim poeci, czasem lekarze, ale głównie chorzy, tacy jak ja. Z tym, że ci, którym niewiele już zostało, nie mają czasu nauczyć tego innych, przynajmniej tam mi się wydaje…

Po „Carpe diem” sięgnęłam ze względu na okładkę. Po prostu mnie urzekła. To był kolejny wybór w ciemno, bez znajomości opisu książki, lecz jego przeczytanie, utwierdziło mnie w tym, że muszę się z nią zapoznać. Lektura książki bardzo mnie jednak zaskoczyła, oczywiście pozytywnie. Sądząc po opisie, spodziewałam się raczej ckliwej, dramatycznej historii umierającej dziewczyny, która wręcz czuje na swoich plecach oddech śmierci. Otrzymałam natomiast coś zupełnie innego, gdyż jest to wbrew pozorom niezwykle zabawna powieść. Diane Rose, dodając do niej dużą dawkę humoru spowodowała, że jest to bardzo pozytywna powieść o cieszeniu się życiem, pierwszej miłości i sile uczuć. Jeśli dodamy do tego zabawne dialogi oraz ciekawe myśli głównych bohaterów, otrzymamy mieszankę powodującą uśmiech i śmiech podczas lektury książki.

Mam świetną figurę i zamierzam ją zachować, im będę szczuplejsza, tym tańsza będzie trumna. Chociaż czy ja wiem… chyba wolałabym być spalona i rozsypana nad rzeką, niestety prawo polskie zabraniało podobnych zabiegów. A zresztą czy to znowu taka wielka różnica być spaloną i stać w urnie na cmentarzu, czy leżeć w trumnie?

Postaci stworzone przez autorkę są bardzo realne, można odnieść wrażenie, jakby żyły naprawdę obok nas. Rose, mimo swojej choroby i nieuchronnej wizji zbliżającej się śmierci, jest pełna energii, entuzjazmu, czerpie z życia pełnymi garściami na tyle, na ile pozwalają jej lekarskie zalecenia dla pacjentów oczekujących przeszczepu. To szalona i nieobliczalna młoda dziewczyna, starająca się niczym nie odróżniać od swoich rówieśników. Daniel jest również barwną postacią. To chłopak, który w życiu wiele doświadczył. Czuły i troskliwy dla bliskich, w szpitalu zamienia się w maszynę do naprawiania ludzi. Jak mawia o sobie, mógłby być synem serialowego doktora House’a. Jednak dla Rose jest niczym rycerz na białym koniu, próbujący ratować swoją księżniczkę. Z tym, że w jego przypadku można go bardziej nazwać rycerzem w białym fartuchu, próbującym ratować osobę, która niespodziewanie stała się mu bliska. Dodatkowo mamy tu kilka niezwykle ciekawych i oryginalnych postaci drugoplanowych, m.in. Jamesa, ekscentrycznego brata Rose, doktora Grabowskiego, lekarza dziewczyny, zakładającego się ze śmiercią o życie swoich pacjentów, jej przyjaciół, Tomka i Oliwię czy ojca Daniela. Wszyscy znakomicie ubarwiają tę historię.

Pewnie zastanawiacie się, czemu nie popełniłam samobójstwa? Problem w tym, że próbowałam i mi nie wyszło, a nie mam w zwyczaju próbować czegoś dwa razy. Kiedy dowiedziałam się, że jestem chora, samobójstwo wydawało mi się naturalną konsekwencją tej wiadomości. Chciałam wziąć los w swoje ręce i sama zadecydować, kiedy umrę. Udało mi się ukraść skalpel, zamknąć się w szpitalnej łazience, i tyle. Co mogło pójść nie tak, skoro plan był idealny? Moje durne serce nie wytrzymało stresu i po prostu zemdlałam. Tak więc wyglądała moja nieudana próba samobójcza. Drugiej próby nie będzie. Powiedzmy, że najadłam się wystarczająco dużo wstydu.

Historię poznajemy z perspektywy dwóch osób, Rose i Daniela. Dzięki temu możemy zapoznać się z wieloma informacjami z ich przeszłości oraz dowiedzieć się o ich uczuciach wobec siebie, dylematach, trapiących ich problemach. Powieść nie jest podzielona na typowe rozdziały, a dni życia, które pozostały Rose. Wraz z nią odliczamy czas do tego momentu. Fabuła jest wciągająca, niczym bardzo ciekawy kryminał. Nie sposób się od niej oderwać. Kolejne strony dosłownie przelatują pod palcami i zanim się obejrzymy, mamy za sobą połowę książki. Historia ta trafia prosto w serce, wywołując w czytelniku cały wachlarz emocji.

Gdybym otrzymała tę książkę bez okładki i wszelkich informacji o autorce, nigdy w życiu nie powiedziałabym, że jest to debiut literacki. Diane Rose udowadnia i potwierdza to, co pisałam przy okazji recenzji książek Ani Dąbrowskiej, że polscy autorzy potrafią pisać znakomite powieści obyczajowe czy tez z gatunku New Adult, które w niczym nie ustępują powieściom popularnych zagranicznych autorów, zajmujących miejsca na liście bestsellerów New York Timesa. Gdyby wszyscy autorzy pisali tak dobre powieści, jak ten debiut, nie byłoby słabych czy kiepskich książek na naszym rynku wydawniczym.

„Carpe diem” to lektura obowiązkowa, powieść, którą przeczytać powinien każdy, by zastanowić się nad swoim życiem, być może je nawet nieco przewartościować. A już niedługo będziecie mogli przeczytać wywiad z autorką książki.

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu Videograf