do szczęścia przez łzy„Do szczęścia przez łzy” Marianne Williamson to z założenia książka uzdrawiająca. Przewodnik pozwalający nam zrozumieć pochodzenie oraz cel bieżącego cierpienia oraz wskazujący możliwe drogi do (samo)wyleczenia.

„Do szczęścia przez łzy” jest niełatwą, zmuszającą do skupienia pozycją. Przede wszystkim jednak  wymaga od czytelnika wyzbycia się uprzedzeń i wykazania sporej dozy  zaufania wobec tego, co pragnie przekazać autorka. Dlatego przyznam, że czytając tę pozycję odczuwałam dużą trudność. Problem polegał na odrzuceniu pryzmatu sceptycyzmu i poczucia usilnej, duchowej – w sensie religijnym – indoktrynacji. Faktem jest, że prócz religii chrześcijańskiej Marianne Williamson sięgnęła także po motywy osadzone w m.in. buddyzmie, jednak nie zniwelowało to subiektywnego poczucia uprawiania sofistyki.

Zrozumieć cierpienie

W lekturze nade wszystko ważne jest uniwersalne podjęcie tematu depresji. Skatalogowana zostaje jako „implozja negatywności […] hamująca naszą zdolność »uporania się z tym«”. Istotne jest pełne zrozumienie dla niej, choćby przez wzgląd na wszechobecny i wiodący prym strach. Strach i destrukcję, które – zdaniem autorki – spowijają obecny świat.

 

„Żyć oznacza cierpieć, a przetrwać to odnaleźć sens w cierpieniu”.

Williamson cierpliwie tłumaczy, jak narzucone tempo trącące biznesowym pojęciem „produktywności” przyczynia się do odczuwanego przez nas dyskomfortu, a nawet głębokiego bólu. Wzmaga go dodatkowo choćby przepaść między marzeniami i oczekiwaniami a ograniczeniami wynikającymi z – po prostu – zastanego życia. Autorka wskazuje wysoką podatność na depresję współczesnego społeczeństwa, do którego przynależymy wszyscy bez wyjątku. Prócz indywidualnych przytłaczających problemów ważnym aspektem w naszym życiu są wszelkie negatywne bodźce zewsząd docierające. Nie sposób się uwolnić. Niezwykle trudno jest wznieść się ponad cierpienie, którego przejawy aplikowane są nam poprzez wszelkie szeroko rozumiane media.

 

„Bycie człowiekiem to nie choroba. Życie ludzie jest pełne prób, które czasami bywają bolesne. Jednak traktowanie bólu emocjonalnego jak patologii jest dysfunkcyjną reakcją na doświadczenie bycia człowiekiem. Żal i smutek są częściami procesu transformacji, których nie należy automatycznie określać jako negatywne. Trudne emocje czasami są właściwe, ponieważ mogą być właśnie tymi, których potrzebujemy, aby doznać prawdziwego uzdrowienia, wzrosnąć i – przerobiwszy ważną lekcję – przejść na drugą stronę cierpienia”.

 

Przezwyciężyć ból

Wydaje się, że lektura „obarczona” jest zauważalną dozą spornych kwestii dotyczących duchowości i religii. Bezsprzecznie jednak całość wypełnia empatia i delikatność pozwalająca odczuć zrozumienie oraz akceptację dla przeżywanych dojmujących emocji. Ponadto interesujące jest przypomnienie, iż problemy są efektem działań ludzkich, nie zaś boskich.

Książka skierowana jest – potencjalnie i teoretycznie – do odbiorców, którzy utknęli w pewnym martwym punkcie. W marazmie i bólu, wydawać mogłoby się,  nie do pokonania, w momencie beznadziei nie do przejścia. Do ludzi cierpiących i strapionych. Czy odnajdą w niej ukojenie, które – dzięki zrozumieniu treści – zapowiada autorka? Reasumując, mimo zachowania trzeźwego krytycyzmu, uważam, że warto sięgnąć po tę pozycję. Z pewnością, w specyficznych, ciążących momentach życiowych potrzebne są bodźce – inspiracje, a nuż czytelnik odnajdzie je właśnie w tej książce.

*Powyższe cytaty pochodzą z recenzowanej pozycji

 


Za książkę do recenzji dziękujemy Wydawnictwu Kobiece