„Miłość ma tyle różnych odcieni, ciągle można opowiedzieć coś nowego…” – druga część wywiadu z Januszem Leonem Wiśniewskim

Janusz Leon Wiśniewski

Fot. Mikołaj Rutkowski 2014

Dziś mam przyjemność zaprosić Was na obiecaną drugą część wywiadu z Januszem Leonem Wiśniewskim. Będzie o miłości, literaturze i wydawniczych planach pisarza.

Pisze Pan głównie o miłości. Dlaczego?

Bo to fascynująca emocja. W tym jestem banalny bo ludzie już od 3 tysięcy lat piszą o miłości. Może to jest element mojego sukcesu, bo niewielu mężczyzn pisze o miłości. Analizuję emocje z różnych punktów widzenia: czasami jestem poetą, czasami może nawet zbyt sentymentalnym melodramatystą bo moje historie często są takie, ale wiem także jaką chemiczną derywatywę ma miłość. Miłość to piękne uczucie. Gdyby nie ona to nie warto by było w ogóle wstawać z łóżka. Jest to jednakże często tylko pretekst do opowiedzenia bardzo skomplikowanych biografii.

Czy są tematy, o których Pan jeszcze nie pisał, ale chciałby to zrobić?

Chciałbym niektóre tematy rozszerzyć, dlatego że ja opisałem praktycznie wszystkie tematy związane z relacjami damsko-męskimi. Piszę też o miłościach homoseksualnych. Praktycznie co miesiąc od 11 lat piszę też felietony do „Pani”. Każdego miesiąca mam pewien dylemat – nie wynikający z tego, że „o, znowu muszę napisać felieton”, ale muszę opowiedzieć historię związaną z relacjami międzyludzkimi, której jeszcze nie poruszyłem. Jeśli pomnoży Pani 11 lat przez 12 miesięcy to tych tematów jest bardzo dużo, a mimo to ciągle muszę wyszukiwać nowe i okazuje się, że to nie jest trudne. Miłość ma tyle różnych odcieni, ciągle można opowiedzieć coś nowego.

Skąd w Pana książkach tyle smutku, katastrof i nieszczęśliwych historii? Czyżby Polacy i inne słowiańskie dusze woleli czytać historie przesiąknięte smutkiem niż te zakończone happy endem?

Tu ma Pani absolutną rację. Polacy uwielbiają smutek. A jeszcze bardziej smutek uwielbiają Rosjanie, stąd taka popularność moich książek w Rosji. Rosyjska klasyka jest oparta na autorach smutku – Dostojewski, Tołstoj czy Lermontow to są smutni pisarze. Szczęście mnie mało interesuje. Tzn. chciałbym być szczęśliwy, jak każdy, ale podejrzewam, że o szczęściu napisałbym książkę, która już na czwartej stronie byłaby nudna, dlatego że nie chcę kopiować Tołstoja z Anny Kareniny, w której pisze, że każde małżeństwo przeżywa nieszczęście na inny sposób, a szczęście w ten sam, bo nie o to mi chodzi. Chodzi o to, że te historie mnie poruszają. Ludzie lubią czytać o tragediach innych. Porównują wtedy swoje smutki, tragedie i nieszczęścia. Czują się lepiej. Może to dla Pani być zdumiewające, ale po moich książkach, tych smutnych, wiele ludzi ma pokrzepioną duszę, bo nagle stwierdziło, że moje nieszczęście jest nieważne w porównaniu z tym, co przytrafiło się bohaterom książek Wiśniewskiego.

Lektura książki o hotelu Grand nasunęła mi na myśl pytanie: ile jest Pana zdaniem w życiu przypadków, splatających ze sobą nasze losy, a ile naszej świadomej kreacji, własnych wyborów?

Ja zawsze mam ten dylemat: czy coś jest przypadkiem, czy przeznaczeniem. Ten dylemat jest i to mnie ciągle porusza. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Pomagam losowi, wydaje nam się, że wiele rzeczy jest przypadkowych, ale gdybyśmy nie byli przygotowani do tego przypadku to i tak nic by z tego nie wynikło. Ja bym nie pojechał do Stanów na stypendium, gdzie robiłem doktorat, gdybym nie znał angielskiego. Mimo że przypadkiem było to, że spośród 600 kandydatów wybrano mnie. Nie byłbym w hotelu Grand i nie sprowokowało by mnie do napisania o tym powieści gdybym nie napisał S@motności, z powodu której promocji wysłano mnie do Sopotu i przez przypadek zarezerwowano mi pokój w hotelu Grand.

… a może to było przeznaczenie? :)

Albo tak miało być, że musiałem się tam pojawić. Ale najpierw musiałem napisać S@motność, by ją promować w empiku na Monte Cassino, a później wrócić do hotelu, pójść do baru, posłuchać pianina w tym barze i potem opisać ten hotel w mojej kolejnej książce, która pojawiła się wiele lat później. Wówczas w ogóle nie przyszło mi do głowy, że powstanie z tego książka.

Często porównuje się Pana do Paulo Coelho. Internet aż kipi od cytatów z Pana książek. Ile Pana zdaniem jest między Wami podobieństw, a ile różnic?

Po pierwsze, ja się z tym porównaniem nie zgadzam ze względu na to, że my piszemy o czymś innym. Czytałem ostatnio Alchemika. Podobał mi się. Później Coelho stał się kaznodzieją, zaczął dawać ludziom lekcje, pouczać ich. Ja się do niego absolutnie nie porównuję. Jedyne, co nas porównuje, to że nasze książki pojawiły się prawie jednocześnie. On również pisze o emocjach, ale inaczej. Ja nigdy nie przedstawiam świata czarno-białego, a on tak. On przekonuje czytelnika co jest dobre, a co złe. Ja uważam, że w każdym jest pewna skala szarości. Ludzie, którzy są potworni mogą się okazać bardzo dobrymi, tak jak to okazało się  w Bikini. Dlatego też nie porównuję się do niego i nie chcę być do niego porównywany.

Pan często kończy swoje książki i opowiadania w sposób niejednoznaczny, otwarty. Czy siada Pan już z takim zamysłem do napisania tekstu, czy zaczyna Pan od zakończenia?

Ja projektuję swoje książki. Jak się pisze program komputerowy to się tworzy schemat blokowy. Rozrysowuje się program w postaci schematu, gdzie jest początek, koniec, specjalne symbole. Tworzy się algorytm. Tak samo robię z książkami. Takie schematy wiszą u mnie w biurze we Frankfurcie i moi koledzy są bardzo zdziwieni. Pytają, co to za program, a ja odpowiadam, że schemat książki. Natomiast w czasie pisania nie wiem, w którą stronę pójdę. To jest fascynujące. Siadając do pisania sam jestem ciekaw, co będzie dalej. Mniej więcej wiem, co chcę napisać, ale przed zakończeniem jest jeszcze jeden, ostatni romb i wtedy rozstrzyga się… Czytanie książek to rodzaj gry ze swoją fantazją
i wyobraźnią czytelnika. Chcę, żeby czytelnik nie miał jednoznacznej odpowiedzi, żeby sobie dopisał zakończenie według swojej wrażliwości. Tak kończy się S@motność w sieci, kiedy bohater idzie na dworzec wszyscy sądzą, że popełni samobójstwo, ale wcale tak nie musi być…

Jakich spraw dotykają Eksplozje, Pana najnowsze dzieło?

eksplozje

Eksplozje 2017

Bardzo się cieszę, że udało się Wydawnictwu namówić mądrych, wrażliwych autorów by na każde z moich opowiadań odpowiedzieli swoim opowiadaniem. Opowiadania te dotykają najważniejszych spraw – tęsknoty, miłości, lojalności, wierności, przemijania… To takie podglądanie ludzkich losów i ekshibicjonizm, bo moi bohaterowie odkrywają się, rozdziewają szaty swoich myśli. Ale to zdanie tylko jednego autora. Każde moje opowiadanie zostało skomentowane opowiadaniem kogoś innego. Czytelnik będzie mógł dokonać wyboru, czy to Wiśniewski napisał lepszą historię o tym samym wydarzeniu, czy np. Odija. Poddaję się takiej próbie konfrontacji i porównania.

Odnoszę wrażenie, że Eksplozje są odpowiedzią na Kulminacje – również zbiór opowiadań, które Pan napisał, tylko że wówczas to kobiety komentowały Pana opowiadania…

Tak, to był pierwszy zamysł wydawnictwa Wielka Litera. Tamte opowiadania poruszają bardzo kobiece tematy, a zostały przedstawione z punktu widzenia mężczyzny. Tu ukłony w kierunku Wydawnictwa i pana Pawła Szweda, który dowodzi tą grupą, żeby namówić kobiety, żeby się wypowiedziały, czy ten Wiśniewski ma w ogóle rację i zna duszę kobiety (śmiech).

Woli Pan pisać książki sam czy w towarzystwie innych autorów?

Wolę pisać sam, dlatego że moim zdaniem pisanie książek to proces bardzo intymny, wymagający samotności i brania odpowiedzialności za wszystko, co się napisze. Czasami można jednak spróbować takiego eksperymentu. Przecież to nie jest pierwsza książka, którą współtworzyłem z innym autorem. Z Panią Domagalik pisałem powieść epistolograficzną…

188 dni i nocy. Czy ona też powstawała przez 188 dni i nocy? 

Tak było. Później była kontynuacja tej książki Między wierszami. Zaczęliśmy z Panią Małgorzatą Domagalik znowu pisać do siebie, po 2 latach przerwy i tak ona powstała. Jest to bardzo współczesne spojrzenie na różne tematy przez kobietę i mężczyznę. W planie jest napisanie trzeciej części. Zawsze dajemy sobie trochę przerwy.

Jak się Panu pisało Martynę, powieść powstała we współpracy z internautami?

To książka o kobiecie w Pani wieku, która kończy studia i wkracza w dorosłe życie. To był eksperyment wymyślony z kolei przez czasopismo studenckie. Chodziło o napisanie interaktywnej książki – to się fachowo nazywa liternet, czyli literacki internet. Miało to na celu namówienie wielu ludzi do wspólnego pisania książki. Powstało forum internetowe, na którym dyskutowano. Ja pisałem pierwszą część, pierwszy rozdział a potem internauci dyskutowali o tym, co powinno się dziać z bohaterką. Pisali swoją część opowiadania. Ja wybierałem to, które mi się najbardziej spodobało. Następnie pisałem drugą część i tak powstała ta książka. To nic nowego. Już Stephen King pisał książki z innymi ludźmi. To bardzo ciekawy projekt, ale trudny i czasochłonny.

A jak Martyna została przyjęta przez młodych czytelników?

Bardzo dobrze. Ta książka w tamtych czasach znajdowała się na listach bestsellerów. Pojawiła się również w Rosji i na Ukrainie. Spowodowała poniekąd, że ludzie zaczęli pisać – wyjęli z szuflad swoje opowiadania i odważyli się je opublikować.

Na zakończenie rozmowy mam już ostatnie pytanie – czy doczekamy się kiedyś książki spod pióra Janusza Leona Wiśniewskiego z happy endem?

Wydaje mi się, że tak. I to wkrótce. Kończę już tę powieść i wysyłam do wydawnictwa Znak. Książka w Polsce ukaże się na jesieni.  Będzie nosiła tytuł Wszystkie moje kobiety, podtytuł Przebudzenie. Nie wiem, czy będzie miała happy end, ale na pewno nie będzie się kończyła nieszczęściem (śmiech).

Bardzo Panu dziękuję za przemiłą rozmowę i życzę dalszych sukcesów :)