Kaja Kowalewska o książce „Siedem grzechów głuchych”

Książka Kai Kowalewskiej „Siedem grzechów głuchych” jest pozycją wyjątkową. Zarówno konstrukcja, jak i jej treść są intrygujące, tajemnicze i nietuzinkowe. Z wielką przyjemnością zachęcamy do lektury wywiadu z autorką tego tytułu.

„Siedem grzechów głuchych” to nie pierwszy tytuł Twojego autorstwa. Jak zaczęła się Twoja przygoda z pisaniem?

Przygoda z pisaniem… Muszę uruchomić wehikuł czasu. Pozbierać myśli spod lirycznej jabłonki. Zaczęło się od układania wierszyków razem z Babcią. Następnie pisałam „książki” w brulionach, najczęściej były to baśnie o kotach, ilustrowane za pomocą kredek Bambino. A potem były Dni Sochaczewa. Wygrałam szkolny konkurs na najlepszy wiersz o moim rodzinnym mieście. I na najlepszą prozę. Wiersz zaczynał się od słów:

Jest na mapie miasto Sochaczewem zwane.

Ani duże, ani małe, lecz za to kochane.

Tu urosłam, tu poznałam szkołę i przedszkole.

Może inni Paryż wolą, ja  Sochaczew wolę.

(…)

Poezja towarzyszyła mi wszędzie. W autobusie, w domu, na lekcjach matematyki (heh). Nosiłam ołówek i kredę. Ołówkiem na kartkach zapisywałam obłoki ze słów. Kredą – słowa z obłoków. Może stąd ten pomysł z cytatami pisanymi kredą na „Chaosie”? (Chaos i inne piętra) Hm… Pewnie tak – z dzieciństwa.

Studia – filologia polska – to wybór świadomy, wybór z miłości. I właśnie wtedy tak na poważnie zaczęłam myśleć o wydaniu prawdziwej książki. Żyłam jednak w kamiennym kręgu dylematów, bo przecież „nikt w dzisiejszych czasach nie czyta” – takie zdania obijały się o uszy i serce. Zaczęłam prowadzić bloga, aby przelewać myśli/refleksje/wiersze w „wykreowane GDZIEKOLWIEK”. Do mojego poetyckiego świata zaglądali najczęściej znajomi i przyjaciele. Trwało to jakieś 2 lata. Czytelnicy zaczęli mnie motywować i nakręcać. Papierlova wizja książki kiełkowała. Podjęłam w końcu decyzję o wydaniu pierwszego tomu poetyckiego: Chaos i inne piętra. Miesiąc później powstała strona na Facebooku (za namową najbliższych), którą nazwaliśmy tytułem zbioru lirycznego, jaki miał się narodzić jesienią.

Chaos tak naprawdę był „od zawsze”, bo pod takim pseudonimem publikowałam swoje teksty na blogach, a później tak jakoś naturalnie powstały „inne piętra”. Cały ten fejsbukowy fanpage był dla mnie zupełnie nowym wynalazkiem. Machina wiersza sama się napędzała i czytelników z każdym dniem przybywało. Dostawałam niesamowite wiadomości, listy, zdania. To było takie piękne. Takie liryczne. Takie poruszające. I jest nadal. Zmotywowana do pracy podjęłam kolejne wyzwania. Krótkie formy zebrałam w Melanżcholie, a w kącie, cichaczem pisałam swoją pierwszą powieść, która później okazała się „metafizycznym przełomem” – Play listy, czyli nie wszystkie fobie są o miłości…

Nie można zaprzeczyć, że Twoja książka jest wyjątkowa. Długo myślałaś nad pomysłem i konstrukcją?

Pomysł był we mnie od razu. Żył, pulsował, wiercił się, krzyczał. Wiedziałam, że mają to być grzechy, że ma być ich siedem (kontynuacje i nawiązania) i że mają być głuche. Dawno temu pisałam bloga pod takim właśnie tytułem: Siedem grzechów głuchych, jednak teksty zamieszczane na blogu mają niewiele wspólnego z powieścią. Wiedziałam też, że będzie Kasandra – wiedziałam to od razu. Była więc mitologia. Musiałam pogrzebać w Biblii – tam znalazłam Sarę i Adama. I cały „paciorek symboliczny”, który wymiksowałam w „Grzechach”. To się musiało jakoś tak kłócić: Biblia z mitologią, dobro ze złem, życie ze śmiercią, dobry uczynek z grzechem, biel z czernią i krew – czerwona na ustach – Adelina – wyrwana zupełnie z innej bajki. Z tą postacią jest jednak ciekawa story. Adelina powstała przypadkiem. Potknęłam się o nią podczas pewnej autentycznej kawy na Placu Zbawiciela. I wiedziałam, że pozostanie w książce. Że być w niej musi. Przyszła znikąd, w czerwonej sukience, od środka, bez początku i bez końca i tak naprawdę stała się wypełnieniem całości, pomostem, połączeniem światów, symbolem najważniejszym. Pozwolę sobie przytoczyć fragment recenzji Agnieszki Marty Walczak zamieszczonej na Lubimy Czytać:

Po metafizycznych „Play listach” nadszedł czas na realistyczno-magiczne „Siedem…”, które przeprowadza czytelnika przez wszystkie kręgi ziemskiego nieba, jak i piekła. Pachnie tutaj trochę „Boską komedią”, trochę „Panną Nikt”, trochę Kingiem. Kaja zabiera czytelnika w magiczną podróż. Marquez pochyliłby z uznaniem głowę nad kunsztem językowym i czerwonym symbolem Adeliny.

Reasumując: bez Adeliny nie byłoby „Siódemki…”.

Na co przede wszystkim chciałaś zwrócić uwagę czytelnikowi?

Abyście się wzajemnie miłowali tak, jak ja was umiłowałem.

Co chciałam przekazać? Że nie ma ludzi tylko białych i tylko czarnych, że istnieje zarówno dobro, jak i zło, że każdy grzeszy i każdy nosi na duszy maskę, że nie wolno oceniać z góry, kierować się sukienką, szminką, firmówką, sylówką, wizu. Trzeba zaglądać pod. Szukać głębi. Szukać serca, bo prawdziwe piękno kryje się właśnie tam. Chciałam pokazać, że człowiek nie jest wytworem idealnym, maszynką do robienia hałasu, seksu, mięsa, aniołem, że człowiek nie jest diabłem. Jest po prostu człowiekiem, ma prawo się potknąć, ma prawo krzyczeć w rozpaczy, ale… musi nauczyć się także wybaczać. Wybaczać innym i sobie. Tym zaczarowanym kluczem w powieści jest właśnie WYBACZENIE. Każda osoba, którą spotykasz w życiu, chce Cię nauczyć czegoś bardzo ważnego na Twój temat. Jeśli jesteś w konflikcie z kimkolwiek, bez wątpienia jesteś w konflikcie z jakąś częścią swojej osobowości. /Carl Gustav Jung. I ten cytat mogę przełożyć w jakiś sposób na wykreowanych przez siebie bohaterów „Siódemki…” Każda postać w tej powieści ma nas czegoś nauczyć: jak uratować wczoraj, jak wygrać ze słabościami, jak nie zabłądzić, jak uwolnić się od paranoi, syfu i hejtu, jak odstawić kiepskie „narkołyki”, a przede wszystkim ma nas nauczyć wiary, miłości i nadziei, abyśmy się wzajemnie miłowali

Jesteś inicjatorką serii wydawniczej „Atrament”, grupy artystycznej „Chaos”, opowiesz nam o tym trochę szerzej?

Zacznę od CHAOSU bo na początku był CHAOS (heh) a potem trzęsienie ziemi… Grupa wyłoniła się z chaosu. Ze spotkań lirycznych, podczas których wymieniamy doświadczenia i myśli. Jest to grupa nieformalna, która ma charakter inicjatyw twórczych, skupia ludzi, którzy kochają sztukę i którzy wierzą w cuda.

Serię wydawniczą „ATRAMENT” stworzyłam z miłości do słów i do wrażliwych ludzi. ATRAMENT za cel przyjmuje promowanie poezji, duszy i słowa, ma być kluczem, który w cyberepoce otworzy drzwi na wrażliwość. Nasz zespół tworzą osoby z odpowiednim wykształceniem kierunkowym (filologia polska, dziennikarstwo, grafika) oraz doświadczeniem w szeroko rozumianej pracy z tekstem. Zapewniamy redakcję na doskonałym poziomie przy zachowaniu głównego przesłania utworu (idei). Dbamy również o stronę wizualną tekstu i książki. Ubieramy słowa w szaty graficzne i przekazujemy dalej – do serca, bo przecież najpiękniejsze rzeczy powstają z miłości.  Gorąco polecam tomiki poetyckie wydane dotychczas w serii „ATRAMENT” (Novatorja Fabryka Reklamy/Wydawnictwo).

Zdajesz się być wszechstronnie uzdolnioną i pełną energii osobą, czy zatem już pracujesz nad czymś nowym?

Twórczość jest dla wrażliwców, dla romantyków, romantyczek  i… dla znerwicowanych (heh). Podobno tak to działa. Ja natomiast w słowach (chociaż w muzyce też) się spełniam. Nie wyobrażam sobie świata bez słów. Bez komplikowania znaczeń. Na całe szczęście moja praca daje mi „poczucie słowa”. Zawodowo zajmuję się pisaniem. Jestem recenzentem filmowym i dzięki temu jeszcze nie zwariowałam. Nie mogłabym żyć w ciasnym schemacie od 6 rano do 22. Zamęczyłabym się. A twórczość daje mi wolność, nawet jeśli gdzieś tam cierpię na przejściowe zapalenie myśli. Ciągle więc piszę, pracuję, rozciągam dobę do maksimum, zostawiam ślady. Nigdy jednak nie jest to jeden kierunek, bowiem jestem jak niekończąca się historia, jak zderzenie wiatru z kamieniem, jak cztery żywioły, jak piąta pora roku.  Aktualnie pracuję nad książką poetycką pt. Meta bolizm – (w której nie zabraknie turpizmu), gdzieś tam piszę wiersze na kolanach i na łokciach, które zbiorę później w Kredens chaotyczny i jeszcze nieustannie dudni w brudnopisach Pomajaczone. Chciałabym… tak mocno tą najnowszą powieścią czytelnika zmajaczyć (heh). Surrealizm.

W poezji, prozie liczy się napięcie, rozdarcie, moment, paraliż. Jedno zasłyszane słowo, zdarzenie, przeciąg potrafi zmienić cały wiersz, całą koncepcję. Podobnie działa „efekt motyla” (anegdotyczne przedstawienie chaosu deterministycznego). Dlatego nigdy nie wiem, jaka naprawdę będzie moja kolejna książka, bo może nagle zmienię tytuł/koncepcję/motyw/klucz?

Twoje książki poruszają tematy metafizyczne, moralności, duchowości… Czy masz swoją dewizę życiową, którą się kierujesz?

Zawsze istnieje jakieś dalej…

Bo przecież istnieje. Prawda?

Biorąc pod uwagę, że poza tym, że jesteś pisarką i poetką, jesteś krytykiem filmowym, nie mogę nie zapytać: jaki powinien być Twoim zdaniem dobry film?

Wielowymiarowy, wielopiętrowy (jak chaos). Przeźroczysty (aby można było zobaczyć w nim duszę) i przeszywający (aby nie można było potem spać).

Słowo od Chaosu:

Siedem grzechów – siedem pytań. Dziękuję za piękną rozmowę. Serdeczności.

Dziękujemy i życzymy dalszych sukcesów, nie tylko literackich!

Czytelników zachęcamy do lektury recenzji książki „Siedem grzechów głuchych”.