Anna Sakowicz o kulisach powstania „Złodziejki marzeń” i „To się da!”

anna sakowiczWidząc jak wielkie emocje budzą książki „Złodziejka marzeń” i „To się da!”, o których kilkukrotnie wspominałyśmy na łamach naszego portalu, zapewne podobnie jak ja z chęcią poznacie bliżej ich autorkę, Panią Annę Sakowicz. Akcja obu powieści rozgrywa się w miejscowości, w której pisarka mieszka. Po lekturze książek i rozmowie z Panią Anną sama z chęcią przeniosłabym się do optymistycznego Kociewia, może i Was zauroczy?

Zarówno akcja „Złodziejki marzeń” jak i „To się da!” rozgrywa się w Pani rodzinnej miejscowości Starogard Gdański na Kociewiu. Czy opisy dotyczące społeczności i miejsc są odzwierciedleniem rzeczywistości?

To nie jest moje rodzinne miasto, a raczej „nabyte” po czterdziestce. Przyjechałam tu za głosem serca. Mój mąż pochodzi z Kociewia i z pewnością jest zakochany w tym miejscu. Ja dopiero się go uczę. Ale z pewnością w książce starałam się oddać charakter regionu, gwarę, mentalność Kociewiaków, ale i przyrodę, bo przecież Artur próbuje rozkochać Joannę nie tylko w sobie, lecz także w okolicznych łąkach i jeziorach.

Moim rodzinnym miastem jest Stargard (Szczeciński) i czasami mam wrażenie, że to chichot losu zdecydował o mojej przeprowadzce. Dwa najbardziej mylone miasta w Polsce, a ja wymieniam jedno na drugie. I pomimo że Stargard Szczeciński od stycznia jest Stargardem, zawsze dodaję przymiotnik „szczeciński”, bo w moim przypadku bardzo łatwo się pogubić.

Jest Pani autorką bloga o tytule podobnym do tego, który prowadziła Joanna. Czy to odzwierciedlenie dystansu do samej siebie, poczucia humoru? Co było pierwsze, blog, czy motyw w książce? A może tak jak Joanna jest Pani wyśmienitą kucharką?

Tytuł bloga Joanny nie jest przypadkowy. Po przeprowadzce na Kociewie czułam się dokładnie tak jak bohaterka mojej książki, nagle okazało się, że zostałam kurą domową. Nie mogłam znaleźć pracy. Nikomu tu nie byłam potrzebna, choć wydawało mi się, że z moimi kwalifikacjami wszędzie znajdę pracę. Życie jednak mocno to zweryfikowało. Czułam się sfrustrowana, dlatego założyłam blog, potem podobny blog próbuje w powieści założyć Joanna, która przecież ma bardzo wiele ze mnie. Kura domowa to próba oswojenia sytuacji, próba poradzenia sobie z tym, że nagle moja rola ograniczyła się do prowadzenia domu. Poczucie humoru, absurd i groteska pozwoliły chyba mi tę kurę oskubać ze stereotypów. A wyśmienitą kucharką z pewnością nie jestem, ale bardzo lubię piec. Uwielbiam dom pachnący świeżym chlebem albo ciastem. Wtedy czuje się jakieś magiczne ciepło nie tylko w domu.

anna sakowicz1

Jednym z ważniejszych wątków obu powieści jest hospicjum dziecięce. Czy chciała Pani w ten sposób poruszyć serca czytelników i zachęcić ich, aby bardziej angażowali się w pomoc potrzebującym?

Wokół nas jest sporo cierpienia i warto na nie zwracać uwagę. Myślę, że książka nie powinna być tylko przyjemnym czytadełkiem, powinna w nas poruszać jakieś struny, chociażby wrażliwości na krzywdę innych ludzi. Nigdy nie byłam w hospicjum i nie wiem, czy dałabym radę sprostać temu, czego podjęła się powieściowa Joanna, ale mam nadzieję, że ten wątek poruszy serca czytelników. Warto na przykład zostać dawcą szpiku czy krwi. A jeżeli nie można tego, to przecież pomoc finansowa, chociażby niewielka, przyda się każdej fundacji zajmującej się ratowaniem dzieci chorych na raka. Sporo też rozmawiałam z wolontariuszką DKMS na temat dawstwa. Kiedyś przeraziła mnie informacja podana w TV, że ktoś w ostatniej chwili wycofał się i ostatecznie nie oddał szpiku. Warto wiedzieć, jakie wiążą się z tym konsekwencje. Decyzję o zostaniu dawcą należy dobrze przemyśleć, żeby nie robić komuś złudnej nadziei, nie można się kierować owczym pędem, na zasadzie „że jak inni, to i ja”. Ale z pewnością zawsze warto pomagać. Idealnie by było, żeby po przeczytaniu książek każdy czytelnik wpłacił chociażby złotówkę na pomoc dzieciom chorym na raka. Ja z pewnością z części swojego honorarium zrobię dobry uczynek.

Proszę nam opowiedzieć, kiedy zrodził się w Pani pomysł napisania pierwszej powieści? Czy doświadczenia związane z prowadzeniem blogów miały na to jakiś wpływ?

Z pewnością bez blogów nie byłoby książek. To czytelnicy namówili mnie i zmotywowali do pisania. Pozwolili uwierzyć we własne siły i za to jestem im bardzo wdzięczna. Ponadto blog to świetne miejsce, gdzie można od razu to swoje pisanie konfrontować z czytelnikiem. Reakcja  jest przecież natychmiastowa, widzimy, czy coś się podoba, czy nie. Pozwala również ćwiczyć warsztat. Zamiast pisać do szuflady, lepiej robić to na blogu.

Kiedy przeglądałam Pani strony, a było to już po lekturze „Złodziejki marzeń” i „To się da!”, miałam nieodparte wrażenie, że ma Pani coś wspólnego z Joanną, główną bohaterką. Czy odniosłam trafne wrażenie?

Bardzo trafne. Joanna ma sporo ze mnie i nie da się tego ukryć. W powieściach wykorzystałam wątki autobiograficzne, pisałam też o swoich emocjach. Joanna widzi Kociewie trochę moimi oczyma. Co prawda spotkałyśmy tutaj zupełnie różnych ludzi i każda z nas ma swoje życie, ale z pewnością jesteśmy do siebie podobne. Co ciekawe, kiedy pisałam „Złodziejkę” nie myślałam, że tak jak Joanna będę się opiekować starszą osobą. Od roku mieszka z nami moja 90-letnia babcia, a więc chyba nie tylko ja miałam wpływ na życie Joanny, lecz także ona na moje.

Jest Pani w trakcie pisania trzeciego tomu, czy uchyli nam Pani rąbka tajemnicy, co w nim znajdziemy?

Dopiero jestem na etapie planu. Nie napisałam jeszcze ani jednego zdania trzeciej części, ale mogę jedynie zdradzić, że Joanna wykorzysta pomysł Lusi i będzie otwierać swój mały biznes. Piecze przecież przepyszne ciasta, więc powinna to wykorzystać. Poznamy też bliżej Arka – nastolatka z hospicjum. Szpilka wróci z Warszawy… Nie zdradzę jednak, jak potoczy się historia Joanny i cioci Zosi, niech będzie niespodzianka.

Dosyć tajemnicza i chyba niejednoznaczna jest postać Jaromira z książki „To się da!”. Grafik, który stworzył swego rodzaju skorupę z ironii i sarkazmu. Mam wrażenie, że jego rola się nie skończyła, czy w trzeciej części także go znajdziemy?

Oczywiście, że Jaromir powróci w trzeciej części. To ciekawa postać i warto poznać przeszłość tego mężczyzny. Dlaczego stał się tak ironiczny i sarkastyczny? W ostatniej części trylogii musi się to wyjaśnić. Pojawił się w powieści, by namieszać w głowie Joannie i tak łatwo nie odpuści.

Jeszcze pytanie odnośnie tytułów powieści. „Złodziejka marzeń” brzmi dość intrygująco, a samo określenie pojawia się w książce kilka razy. Skąd ten pomysł? Kim dla Pani jest złodziejka marzeń?

Dla mnie złodziejka marzeń to zdecydowanie choroba. Nikt tak skutecznie nie potrafi nas ograbić z planów, jak ona. W dodatku jest podstępna i nieprzewidywalna. Zakrada się do człowieka właśnie jak złodziej i zabiera mu to, co najcenniejsze. Razem ze zdrowiem tracimy wówczas marzenia. W zasadzie, tak jak powiedziała jedna z dziewczynek z hospicjum, ona w miejsce naszych fantastycznych marzeń podrzuca jedno bardzo prozaiczne – o zdrowiu. Wszystkich innych, którzy próbują nam przeszkodzić, można pokonać, niestety z chorobą wygrać najtrudniej.

I druga książka – „To się da!” sam tytuł w kontekście fabuły wydaje się zrozumiały, ale proszę powiedzieć, czy na Kociewiu faktycznie jest jednym z częściej używanych zwrotów?

 Tak. To była chyba druga rzecz, na którą zwróciłam uwagę. Pierwsze to było charakterystyczne dla regionu „jo”, potem „to się da”. Najpierw myślałam, że to mój mąż i teść są takimi niepoprawnymi optymistami i zawsze powtarzają, że „to się da”. Potem zauważyłam, że wielu ludzi tutaj tak mówi. Potwierdziło to też spotkanie z czytelnikami w Pelplinie. Jedna z czytelniczek zaproponowała, że przecież jeżeli akcja rozgrywa się na Kociewiu i ma być optymistycznie, to dlaczego nie „to się da”? I oczywiście to się dało zrobić. Czasami mam wrażenie, że to powiedzonko to przejaw mentalności Kociewiaków. Po co się spieszyć, spinać, załamywać, jak przecież pomału wszystko się da zrobić. Mąż zawsze mi powtarza, że cierpliwość i spokój to podstawa, a z pewnością wszystko się da. Dla mnie to było trochę „egzotyczne”, dlatego zwróciłam na to powiedzonko uwagę. W moim dotychczasowym miejscu zamieszkania ciągle gdzieś pędziłam, czułam się jak w mrowisku, bo ludzie wokół mnie też ciągle byli zaganiani. A kiedy przyjechałam na Kociewie, zdecydowanie zwolniłam, tutaj chyba czas płynie trochę inaczej. Początkowo miałam wrażenie, że zatrzymał się w jakimś miejscu, jednak z czasem dostrzegłam, że on sobie spokojnie płynie, w swoim rytmie. Pomalutku, bo przecież niezależnie od prędkości to się da.

Bardzo dziękuję za bardzo wyczerpujące i przepełnione optymizmem odpowiedzi!


anna sakowicz2Anna Sakowicz – absolwentka filologii polskiej, filozofii i edukacji filozoficznej na Uniwersytecie Szczecińskim oraz edytorstwa współczesnego na Uniwersytecie im. kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Polonistka, blogerka, redaktorka i kolekcjonerka starych książek. Prowadząca blogi www.kuradomowa.blogujaca.pl i www.anna-sakowicz.blog.pl. Autorka książek „Żółta tabletka”, „Szepty dzieciństwa”, „Złodziejka marzeń”, „To się da!”

Czytelników zachęcamy do zapoznania się z recenzjami „Złodziejki marzeń” i „To się da!

ok³adka_To siê da_drukFront okładka_złodziejka marzeń_500 dp_i (1)

  • Anna Sakowicz

    Serdecznie dziękuje za rozmowę. :)

    • Ewa

      Ja również :) Nic tak nie wpływa na pozytywny nastrój jak rozmowa z pozytywną osobą :D

    • My również dziękujemy :)