„Posprzątane” w Teatrze Współczesnym.

teatr_współczesny_posprzątaneCzy jest lepszy sposób na rozpoczęcie weekendu niż pójście do teatru? W jesienny piątkowy wieczór wybrałam się do Teatru Współczesnego na „Posprzątane” – sztukę autorstwa Sarah Ruhl (ceniona amerykańska dramatopisarka, dwukrotna finalistka Nagrody Pulitzera – jedną z nich w 2005r. otrzymała właśnie za „Posprzątane”). Ta sztuka to ciepła i humorystyczna opowieść o lojalności, miłości, ale też o zdradzie i osamotnieniu. Dla kogo? Dla wszystkich, którzy cenią sobie głębsze przesłanie wplecione w na pozór lekką i przystępnie opowiedzianą historię przybraną dobrym humorem.

“Posprzątane” to dobrze skonstruowana historia z celnym dowcipem oraz elementami melancholii i absurdu. Każdy widz opuści teatr z przeświadczeniem, iż każdy zamęt, każdy nieład, każdy „brud”, który gości w naszym życiu, da się posprzątać i, co więcej, jest zwykle początkiem czegoś nowego i ekscytującego – nie trzeba bać się tych porządków! Pomimo pozorów, jakie stwarza dość konwencjonalna fabuła, sztuka dotyczy najważniejszych wartości w życiu człowieka – szczęścia i samospełnienia, których każdy z nas szuka.

Ogromnym atutem sztuki są dobrze zarysowani główni bohaterowie – charakterystyczni, ale jakbyśmy ich skądś znali… Każdy znajdzie w tym spektaklu postać, z którą może się utożsamić. A być może każdy z nas ma jakąś cząstkę wszystkich tych postaci?

Lane (Agnieszka Pilaszewska), która jest zapracowaną i cenioną lekarką, nie ma czasu sprzątać swojego domu. Jako że bardzo ceni sobie ład i porządek, postanawia zatrudnić Matilde (Agnieszka Suchora) – brazylijską dziewczynę – w charakterze pomocy domowej. Matilde nie znosi sprzątać i zamiast tego woli godzinami gapić się w sufit i wymyślać najlepszy dowcip świata – w jej  rodzinnym i wesołym domu rodzice wciąż wymyślali nowe dowcipy, tańczyli i śmiali się. Matka Matilde umarła ze śmiechu po tym, jak jej mąż opowiedział jej genialny dowcip jako prezent na rocznicę ślubu – nie mogąc bez niej żyć, popełnił samobójstwo. W trakcie rozwoju fabuły poznajemy też Virginię (Marta Lipińska) – siostrę Lane, która ma obsesję na punkcie sprzątania. Pod nieobecność Lane, Virginia i Matilde poznają się i postanawiają sobie pomóc – Virginia, która o „15:12 ma już wszystko posprzątane” u siebie w domu, będzie odwiedzać dom siostry i wykonywać prace porządkowe należące do Matilde. W dalszej części tej historii poznajemy też Charles’a (Leon Charewicz) – męża Lane, który tak jak ona jest lekarzem. Wdaje się w płomienny romans z jedną ze swoich pacjentek – Aną (Monika Kwiatkowska), której wykonał mastektomię. Charles, twierdząc że znalazł miłość swojego życia, porzuca swoją żonę, powołując się na prawo żydowskie, o którym usłyszał w radiu. Prawo to dopuszcza sytuację, w której, pomimo związku małżeńskiego, można związać się z osobą tobie przeznaczoną – kiedy spotkają się dwie połówki, małżeństwo traci swoją wartość. Jak potoczą się losy bohaterów i czy każde z nich znajdzie w sobie siłę oraz sposób, by posprzątać w swoim życiu?

Wszyscy aktorzy stanęli na wysokości zadania – najbardziej do gustu przypadła mi rola Agnieszki Suchory, która grała Matilde – być może dlatego że uwielbiam wyraziste postacie. Doskonale oddała ekscentryczność swojej postaci – czarny i skromny strój sceniczny skontrastowany z absurdalnym kokiem na głowie dobrze dopełniał cały wizerunek. Agnieszka Pilaszewska trafnie odtworzyła silnie skrywaną samotność i bezradność Lane – w lekarskim fartuchu kroczyła ciężko, po męsku, gesty miała ostre, a głos niski, chropowaty i nieco znudzony. Dużym i pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie Leon Charewicz w kreacji zakochanego Charles’a – był tak przekonujący w swoim szczęściu, że miało się wrażenie, iż unosił się nad sceną. Marta Lipińska grająca Virginię również miała czym się wykazać, bo jej postać była niemal tak barwna jak Matilde – zestawiono je chyba na zasadzie kontrastu i obie aktorki doskonale się uzupełniały na scenie. Postać Any granej przez Monikę Kwiatkowską była dość smutnym elementem tej sztuki, jednak i w tym wypadku można mówić o udanej kreacji.

Sarah Ruhl poprzez dobrze napisaną sztukę zmusza nas do zmierzenia się z własnym „kurzem” i do posprzątania nawarstwiających się życiowych problemów. Lekka formuła sztuki nie pozbawia jej głębi, symboliki oraz celnie zadanych egzystencjonalnych pytań skierowanych do widzów. „Posprzątane” to sztuka inspirująca, skłaniająca do przemyśleń nad swoim życiem, a przy tym jest zabawna i pełna ciepła. Ukazuje nie tylko szeroki wachlarz ludzkich zmartwień, ale też relacje międzyludzkie: miłość oraz przyjaźń i dowodzi, że dzięki lojalności, wyrozumiałości oraz życzliwości można wysprzątać swoje życie – nawet jeśli kurz zbierał się w nim przez długie lata. Po obejrzeniu tego spektaklu wyjdziecie z teatru z uczuciem lekkości i odprężenia, ale również, niezauważalnie, wyniesiecie z niego więcej niż tylko humor i dobrą zabawę – i to właśnie świadczy o tym, że jest to sztuka ambitna i dobrze przemyślana. Ruhl nie jeździ po nas walcem wpędzając w poczucie winy – autorka dyskretnie zachęca nas do refleksji, jednocześnie bawiąc prostym, ale dobrym gatunkowo dowcipem. „Posprzątane” jest zdecydowanie godne polecenia i jest dowodem na to, że sztuka teatralna może być jednocześnie rozrywkowa i ambitna.

Grafika pochodzi ze strony Teatru Współczesnego.