Play. Stage Dive – Kylie Scott

Stage Dive wracają na scenę! Tym razem stery, a właściwie pałeczki, przejmuje perkusista kapeli, czyli Malcolm „Mal” Ericson. Będzie się działo.

Po zmianach, jakie zaszły w życiu zespołu, od czasu szalonego ślubu Davida i Eveline, przyszła pora na kolejne. Nie minęło wiele czasu, aż kolejny z członków Stage Dive wdał się  w romans. Malcolm Ericson, perkusista kapeli, postanowiła nieco poprawić swój wizerunek. A tak się złożyło, że na jednej z imprez u swoich zakochanych przyjaciół, poznał Anne Rollins. Dziewczynę, która zwróciła na siebie jego uwagę. Na dodatek Anne została oszukana przez swoją współlokatorkę i ma poważne problemy finansowe. Czy może być lepiej? Mal proponuje jej układ. Za odpowiednią opłatą będzie grała rolę jego ukochanej. Anne z wahaniem przyjmuje tę propozycję, w końcu jest w bardzo złym położeniu, a Mal był jej idolem z czasów nastoletnich, w którym była zakochana bez pamięci. Mimo, że od początku ustalili, że ten układ jest wyłącznie fikcją, szybko okazuje się, że ich serca zaczynają bić w jednym rytmie a oni mają ze sobą więcej wspólnego niż podejrzewali.

Myślałam, że po numerze, który wywinęli David i Eveline, czyli niespodziewanym ślubie w Vegas na początek znajomości, Kylie Scott nie wymyśli nic lepszego. Oj, jak bardzo się myliłam. Wszyscy, którzy czytali „Lick” wiedzą, że Mal ma poczucie humoru i lubi się dobrze bawić. Ale to, co otrzymujemy w tej książce w jego wykonaniu, bije na głowę szalony pomysł Davida i Ev. Mal to chodzący wulkan energii. Tej postaci po prostu nie da się nie lubić. Chyba w każdym wzbudzi sympatię. Do tego ma dość niekonwencjonalne metody zjednywania sobie ludzi, z czego wynika wiele zabawnych sytuacji. Anne jest jego zupełnym przeciwieństwem. Skromna, twardo stąpająca po ziemi. Przy Malu wydaje się być wręcz nudna. Jednak za tą fasadą kryje się trudna przeszłość i doświadczenia, jakich nie powinna mieć tak młoda osoba.

– Zaczerwieniłaś się. Czy masz już jakieś kosmate myśli na mój temat, Anne?

– Nie.

– Kłamczuszka – zadrwił łagodnym głosem. – Mogę się założyć, że wyobrażasz sobie mnie bez spodni.

 

Po raz kolejny otrzymujemy solidną dawkę humoru, przezabawnych scen, które kilkukrotnie wywołały u mnie salwy duszącego śmiechu i wywołującego potoki łez. Inaczej się po prostu nie da zareagować na to, co wymyśliła dla nas Kylie Scott. Ale czego innego można się spodziewać po szalonym i nieobliczalnym perkusiście kapeli rockowej? No dobra. Będzie też w miarę spokojnie, ale tylko momentami. Zdarzą się również sytuacje wyciskające łzy i bardziej dramatyczne. Autorka, jak poprzednio, wprowadziła nieco dramatyzmu w tę sielankę, jednak nie użyła schematu i sytuacja ta nie dotyczy bezpośrednio pary głównych bohaterów, choć ma na nich ogromny wpływ. Więcej Wam nie zdradzę, musicie przekonać się sami. Gwarantuję jednak, że nudzić się nie będziecie.

Jak poprzednio, autorka zadbała również o odpowiednią ilość namiętnych scen erotycznych. W końcu to gorący romans, a czytelniczki czekają aż pożądanie i namiętność zacznie kipić ze stron książki. Tak, jak w „Lick”, nie znajdziecie tu jednak wulgarności, wszystko jest opisane z wyczuciem, odpowiednią dawką subtelności. Pozostawia czytelnikowi duże pole do uruchomienia wyobraźni, nie podając wszystkiego gotowego na tacy. Poza tym, naprawdę długo musicie poczekać na pierwszą scenę zbliżenia pomiędzy bohaterami. Nie znajdziecie ich już na pierwszych stronach. Nie liczcie na to.

– Przestań patrzeć mi gdzieś nad głową, Anne. Spójrz mi prosto w oczy – zażądał.

– Przecież to robię!

– Boisz się, że twoje oczy znów staną się maślane?

– Tak, chyba tak – wyrzuciłam z siebie zirytowana. – Czy zawsze tak drwisz ze swoich fanek?

– Nie. Nie wiedziałem, że to może być aż tak zabawne.

Ta książka ma u mnie trzy minusy. Jeśli myślicie, że chodzi o fabułę czy coś w tym rodzaju to się mylicie. To kwestie techniczne dotyczące wydania książki. Po pierwsze, okładka bez skrzydełek. Nie lubię takich wydań, ze względu na to, że już po jednym czytaniu są po prostu podniszczone. Niestety moje obie, zarówno Lick, jak i Play, mają podklejone narożniki, ponieważ się rozwarstwiały. Książki czytam gdzie tylko mogę, w wolnej chwili, więc chodzą ze mną w torebce, plecaku itp., niestety się nieco niszcząc. Konieczne jest więc ich zabezpieczenie etui, opakowaniem czy czymś innym. Druga kwestia to złocony napis z imieniem i nazwiskiem autorki na grzbiecie książki. Niestety się wytarł, również na obu tomach. Ten z przodu okładki wygląda na nietknięty. Trzeci to wielkość liter i ilość tekstu na stronie. Jest tak drobno, że początkowo trudno mi było się na to przestawić. Po jakimś czasie na szczęście przestałam na to zwracać uwagę. To by było tyle z moich minusów.

Jeśli jeszcze nie sięgnęliście po „Lick”, a zainteresował Was opis „Play”, to musicie szybko nadrobić zaległości. Wszystko dlatego, że już na lipiec zaplanowana jest premiera trzeciego tomu tej przezabawnej i szalonej serii, czyli „Lead”. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę się już jej doczekać.

Kulturantki objęły „Play” patronatem medialnym, w związku z czym, już wkrótce będziecie mogli wygrać jej egzemplarze w organizowanym przez nas konkursie.


Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu