Żona potrzebna na już – Beata Majewska, Konkurs na żonę

Lubicie komedie romantyczne, w których proporcje pomiędzy zabawnymi, romantycznymi i dramatycznymi sytuacjami są idealnie wyśrodkowane? Jeśli tak, to koniecznie musicie sięgnąć po „Konkurs na żonę” i poznać jej bohaterów.

Młody prawnik z Krakowa, Hugo Hajdukiewicz, w testamencie po swoim wuju otrzymuje ogromny spadek w postaci m.in. sieci amerykańskich kancelarii prawnych. Jego wuj zawarł jednak w nim pewną klauzulę. Mężczyzna musi przed trzydziestymi urodzinami się ożenić i spłodzić dziecko. Hugo, przy pomocy swojego przyjaciela Adama, wpada na pomysł w jaki sposób znaleźć idealną kandydatkę na żonę i w jak najkrótszym czasie zmienić swój stan cywilny. Zegar tyka nieubłaganie, a czasu na zrealizowanie projektu „żona” jest co raz mniej. Dzięki zorganizowanemu na uniwersytecie konkursowi, poznaje bardzo młodą, nieśmiałą, niedoświadczoną i skromną studentkę. Niczego niedomyślająca się dziewczyna bardzo szybko ulega urokowi przystojnego prawnika, który zwrócił na nią uwagę. Nawet niespodziewanie szybkie oświadczyny, nie uruchamiają w jej głowie sygnału alarmowego. Misternie uknuty przez Hugona plan matrymonialny wydaje się być bez zarzutów a jego realizacja przebiegać prawidłowo, jednak wszystko niespodziewanie zaczyna się wymykać  spod kontroli.

„Konkurs na żonę” to powieść, która bawi i intryguje już od pierwszych przeczytanych stron. Historia, którą poznajemy zachęca do czytania, mimo zmęczenia, sprawiając, że niechętnie odkłada się tę książkę na bok. Zapewne duży wpływ na to ma fakt, że autorka posługuje się niezwykle lekkim językiem, z mnóstwem współcześnie znanych i stosowanych popularnych zwrotów czy słów.

Na początku drażniła mnie postać Hajdukiewicza. Hugo wydawał się być mężczyzną o niesamowicie przerośniętym ego, wywyższającym się, opryskliwym, sarkastycznym, patrzącym nie dalej niż czubek własnego nosa. Na każdym kroku próbuje udowodnić Łucji, że jest ona osobą z dużo niższej klasy społecznej niż on. Po prostu miałam ochotę wyciągnąć go z kart książki i porządnie nim potrząsnąć.

Ci, którzy nie znali Hugona Hajdukiewicza zbyt dobrze, twierdzili czasami,że powinien był urodzić się kilkaset lat wcześniej. Może dlatego,że od kiedy osiągnął pełnoletniość, jego życie przypominało historię szalonego szlachetki, a wygląd playboya i posiadane zasoby finansowe dodatkowo mu to ułatwiały. Prowadził się swobodnie, ale teraz,gdy od pamiętnej osiemnastki minęła równa dekada, wszystko się zmieniło. Hugo zamierzał się ustatkować,tym bardziej że powody ku temu miały „znamiona najwyższej rangi”.

 

Łucja zaś wydawała się być równie denerwująca, co Hugo. To dziewczyna dość infantylna, łatwowierna, wręcz w dziecięcy sposób, ślepo ufająca w to, co powiedział jej ukochany. Zapewne wynikało to z faktu, że była zakochana po raz pierwszy, to wszystko było dla niej tak nowe. Dlatego ostatecznie wybaczam jej te bezmyślności.

Beata Majewska zastosowała w książce trzecioosobową narrację, co sprawdziło się w tym przypadku idealnie. Widzimy z góry, co dzieje się wokół naszych bohaterów, choć fabuła jest podzielona na naprzemienne pokazanie perspektywy Łucji i Hugona, Z tym, że to nie oni opowiadają bezpośrednio tę historię, a czytelnik jest obserwatorem wydarzeń, w których oni biorą udział.

Od razu przypomniała sobie ostrzeżenia Olki. „Pamiętaj, jeśli powie ci, że na przykład czegoś zapomniał zabrać domu i żebyś razem z nim po to skoczyła, bo nie chce zostawiać cię samej w samochodzie, to wiedz, że coś się dzieje…” – Przeciągnęła wtedy głos jak pewien ksiądz znany z licznych filmików na You Tube.

 

Co skłoniło mnie do sięgnięcia po tę książkę? Oczywiście okładka. Odezwała się we mnie moja wewnętrzna sroka i wiedziałam, że muszę ją mieć. Bardzo pobieżnie przeczytałam jej opis na stronie wydawnictwa i uznałam, że wydaje się być interesujący, warto więc zaryzykować. To była bardzo dobra decyzja, bo bawiłam się przy niej przednio, wielokrotnie tłumiąc ręką śmiech, gdyż 2/3 książki przeczytałam nocą, gdy wszyscy domownicy już spali. Moja przygoda z „Konkursem na żonę” zakończyła się równo o godzinie czwartej nad ranem. Nie mogłam jej odłożyć, dopóki nie wiedziałam, jak się kończy. Całe szczęście, że czeka na mnie od razu druga część serii i mogę natychmiast dowiedzieć się, co działo się dalej u bohaterów, których polubiłam.

Jeżeli szukacie lekkiej, choć momentami również dającej do myślenia lektury na wakacyjny czas (i nie tylko), chcecie podarować prezent bliskiej osobie lubiącej romantyczne komedie, to wybór tej powieści będzie wprost idealny.

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu