Współczesny kryminał w tradycyjnym stylu – „Premiery nie będzie” Małgorzaty Sobieszczańskiej

Jedno pomieszczenie, jedno zabójstwo, czterech podejrzanych. Te klimaty nieodzownie kojarzą mi się z Agathą Christie i Herculesem Poirot. A jednak właśnie to znajdziemy w kryminale polskiej autorki, Małgorzaty Sobieszczańskiej. „Premiery nie będzie” to książka, w której akcja osadzona we współczesnym świecie aktorów teatralnych bardzo przypomina twórczość królowej gatunku.

Biorąc pod uwagę ilość kryminałów, jaka każdego roku wychodzi na rynek, ich autorzy mają coraz trudniejsze zadanie. Trzeba tak skonstruować fabułę, aby była nieszablonowa, a finał wiązał się z napięciem i zaskoczeniem. Małgorzacie Sobieszczańskiej się to udało.

Jedna śmierć, czterech podejrzanych

Trwają próby do wystawienia spektaklu. W rolę Balladyny wciela się mało lubiana w środowisku, ale osiągająca sukces, Joanna. Aliną natomiast ma być jej przyjaciółka i rywalka, Weronika. Razem z Filipem, reżyserem sztuki, scenarzystką Kaliną i towarzyszącym jej dziennikarzem Kubą, jadą do posesji Filipa, by ćwiczyć. Dochodzi tam jednak do zabójstwa głównej bohaterki sztuki, a każdy jest podejrzany.

Kiedy na miejsce dojeżdżają śledczy, od razu widać, że coś nie pasuje, ale trudno sprecyzować, co. Wszyscy obecni w domu mieli powód do morderstwa, rzuca się w oczy, że każda z obecnych osób coś ukrywa i nie chce odkryć swoich zamiarów. Kto zatem mógł się dopuścić tego czynu?

„Kalina przyglądała się im wszystkim i nie mogła oprzeć się wrażeniu, że powietrze aż kipiało od skrywanych namiętności. Nagle przeszedł ją dreszcz, przeczucie czegoś nieuchronnego, niedobrego. Ale to była tylko sekunda, spojrzała na wszystkich jeszcze raz, uśmiechali się, słońce świeciło, wokół był las, niedaleko srebrzyła się tafla jeziora. Klasyczna czerwcowa idylla. Otrząsnęła się, chyba za dużo czytała ostatnio kryminałów”.

Kto zabił?

Zanim rozpoczęłam lekturę, od razu zwróciłam na oryginalny tytuł. I to właśnie on skłonił mnie do tego, by wziąć do ręki ten kryminał. Od początku wciągnęły mnie losy twórców „Balladyny”. Im bardziej zaawansowana akcja, tym bardziej zawiłe i trudne do odgadnięcia rozwiązanie. Wszyscy mieli motyw, wszyscy mieli możliwość, a jednak zdaje się, że wszystkim śmierć ofiary pokrzyżowała plany. Więcej nie zdradzę, za to zachęcam do lektury. Kryminał nie jest długi, można go przeczytać w jedno leniwe popołudnie, ale gwarantuję, że to prawdziwa gratka dla wszystkich mających żyłkę detektywistyczną.


Za książkę do recenzji dziękujemy: