„SCHRONISKO” – NIEPOKOJĄCA POWIEŚĆ INSPIROWANA PRAWDZIWYMI WYDARZENIAMI


Kulturantki_Schronisko_Marika_Krajniewska_recenzja_książkowaDzisiaj zachęcam Was do sięgnięcia po ciekawą powieść psychologiczną Mariki Krajniewskiej „Schronisko”. Dająca do myślenia i na długo zapadająca w pamięć – sprawi, że czas przestanie dla Was istnieć, a długie wieczory – szybko upłyną. Z czym zazwyczaj kojarzy nam się pojęcie „schronisko”? Zapewne każdy z nas odpowie z zawrotną szybkością i stwierdzi, że jest to schronienie dla bezdomnych zwierząt. Pierwsze skojarzenie, pierwsza myśl, pierwszy przebłysk. Bardzo dobra odpowiedź – ale czy na pewno w tym kontekście? Tytuł książki nie obrazuje typowego schroniska, pełni raczej funkcje metafory, która stwarza odbiorcy zupełnie inny wydźwięk tego słowa i daje do zrozumienia, że jedno pojęcie może mieć wiele znaczeń.

Schronisko, w rozumieniu autorki – przejawia się w zupełnie inny sposób, a co najważniejsze nie dotyczy zwierząt lecz ludzi. Powieść Mariki Krajniewskiej wzbudza liczne odczucia: litość, wzruszenie, żal, smutek. Z jednej strony chciałoby się współczuć głównemu bohaterowi, który nie potrafi podnieść się z życiowego upadku i na nowo odnaleźć sensu następnych dni. Żyjący wciąż przeszłością, stara się funkcjonować „po swojemu”, ale wcale nie jest to takie proste. Działa impulsywnie, krótkowzrocznie, wciąż obracając się za siebie – czuje za sobą czyjś oddech i zapach. Z drugiej perspektywy jednak, pomimo wachlarzu emocji obecnych w powieści, odczuwa się niekiedy pewną niechęć, która biernie tłumaczy depresyjne przypadki i stwierdza, że litość nad czyimś życiem nie jest żadną pomocą. Czy istnieje trzeci punkt widzenia? Wydaje się, że jest coś jeszcze. 

Dzień. Położyłem banknot na ladzie. Uśmiechałem się, przynajmniej mocno starałem się to czynić. Wykrzywiłem twarz w grymasie, bo nie bardzo pamiętałem, jak to się robi. Wszystko na siłę, uśmiech, słowa, gesty. Siła na siłę. Życie też. I ona, trzymała mnie na siłę przy czynnościach, które musiałem wykonywać codziennie. Natalia stała się moim światłem. Po co mi światło? Nie potrzebowałem.

Autorka trafnie przedstawia portret psychologiczny młodego mężczyzny, który jest na swój sposób zawrotnie inteligenty, ale w życiu codziennym gubi się nagle i nie potrafi poradzić sobie z ciążącym poczuciem winy. Na początku obwinia siebie za to, że jego siostra wylądowała w toksycznym towarzystwie, które z każdym dniem doprowadza ją do coraz gorszego stanu. Obarcza siebie winą również za stan matki, który z depresyjnego przechodzi w euforyczny, a momentami w zupełną bierność wobec rodziny i bliskich. Następnie bierze na swe barki również winę za to, że jego życie przypomina jedną, wielką porażkę – niestabilny uczuciowo, rozerwany pomiędzy teraźniejszością, a przyszłością. Czy jeden człowiek może pomieścić w sobie aż tyle cudzych, obcych win?

Noc. Poznałem ten dźwięk. Mogłem się założyć, że miała w tej chwili obłęd w oczach. Takiego wzroku nieobecnego nie mają nawet wściekłe zwierzęta. Otwieranie i zamykanie szuflady, trzask drzwiczek od szafek kuchennych. Nawet do piekarnika zajrzała. Wszedłem do kuchni. Siedziała na podłodze z szeroko rozsuniętymi nogami, w dresie. Rękoma obejmowała kosz na śmieci, który zlewał się swą szarością z jej spranym błękitem. Wielka zamglona plama. Tak mi się skojarzyło.

„Schronisko” to dogłębna analiza psychologiczna rozdygotanego człowieka, który czuje, że spada coraz głębiej i głębiej w niekończącą się przepaść. Do czego doprowadzi go taki stan, w jaki sposób potoczą się jego losy? Koniecznie musicie się o tym przekonać. Książkę czyta się jednym tchem, a rozbudowane monologi głównego bohatera sprawiają, że mamy wrażenie jakbyśmy dokładnie odczuwali jego myśli, byli świadkami jego wypadków i życiowych porażek.

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy:

Wydawnictwo i Fundacja Paierowy Motyl