Rozmowa z Iwoną Banach, autorką książki „Klątwa utopców”

1544490_692195857512514_8875388943438545379_n„Klątwa utopców” to po prostu kryminał na wesoło. Idealna propozycja na jesienne wieczory, której przedpremierową recenzję mogliście przeczytać niedawno na naszym portalu. Jej autorka, Iwona Banach, zgodziła się porozmawiać z nami na temat swojej przygody z pisarstwem, procesu powstawania nowych powieści, inspiracjach oraz swojej najnowszej książce, której premiera miała miejsce 23 września.

Pani Iwono, bardzo się cieszę, że zechciała Pani poświęcić nam swój cenny czas i odpowiedzieć na kilka pytań.

(Bardzo się z tego cieszę)

Karierę zawodową rozpoczynała Pani jako nauczycielka języka francuskiego i włoskiego oraz tłumaczka książek w tych właśnie językach. Co skłoniło Panią do rozpoczęcia przygody z pisarstwem? Od czego się ona zaczęła?

To wszystko jest ze sobą powiązane. Bardzo chciałam tłumaczyć książki, a nie instrukcje obsługi śrubki lewoskrętnej, czy maszyn rolniczych, choć także to robię, ale żeby tłumaczyć literaturę trzeba umieć pisać i przekonać o tym wydawcę, a jak najlepiej to zrobić? Dyplomu z tego nie można zrobić, na słowo nikt nie uwierzy! Najlepszym sposobem jest więc pokazać jakąś własną powieść, oczywiście już wydaną, a ja na dodatek mam niepełnosprawną córkę i w owym czasie miałam dość nieciekawą sytuację rodzinną, potrzebowałam więc zarabiać nie wychodząc z domu, ponieważ jeszcze w liceum pisałam teksty do gazet postanowiłam spróbować, zaczęłam pisać opowiadania do pism kobiecych co wiele mnie nauczyło, potem napisałam powieść i wysłałam na konkurs „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Dostałam wyróżnienie. Potem był jakiś tekst na pamiętnik do „Twojego Stylu”, kolejne wyróżnienie i tak to się zaczęło.

Czy w Polsce pisarzowi trudno jest wydać książkę? Jak wygląda przystępność rynku wydawniczego w naszym kraju z perspektywy autora?

Krąży wiele mitów na ten temat i to mitów szkodliwych. Ludzie opowiadają, że debiutant nie ma szans, że wszystko jest wydawane po znajomości itd., ale to nie jest prawda. Jeżeli tekst jest dobry, (lub obiecujący) wydawca się znajdzie ( tym bardziej, że istnieje wiele wydawnictw o rożnych profilach wydawniczych), jeżeli tekst jest kiepski – nie. To jest jedyne kryterium, a cała reszta, to bajki.

Niektórzy wydają też teksty za własne pieniądze w pseudo wydawnictwach, ale to bardzo zły pomysł, i drogo kosztuje i szkodzi im samym. Często, fakt, że nie zawsze, ale najczęściej wychodzą z tego twory książkopodobne, a nie literatura.

Zasada jest prosta. Napisać tekst. Wysłać do wydawnictwa ( można do wielu) i czekać, czekać, czekać… aż się znudzi, albo aż odpowiedzą.

Dobry tekst po prostu sam się obroni, taka literacka selekcja naturalna, tyle, że trudno określić jak długo trzeba będzie czekać na efekty.

Tak, ma Pani całkowitą rację. Nie wszystkie moje teksty się obroniły, choć już długo piszę. Tak to już jest, w „tym zawodzie” – chciałam napisać, ale to NIE jest „zawód” – (to raczej przygoda) trzeba dużo cierpliwości…

Książką „Szczęśliwy pech” wygrała Pani główną nagrodę w konkursie literackim Wydawnictwa Nasza Księgarnia. Czy pomogło to w jakiś sposób w rozwoju Pani kariery pisarskiej?

Nie wierzę w coś takiego jak „kariera pisarska”. Człowiek pisze, wysyła teksty do wydawnictw i czeka, to czytelnik decyduje, czy kupi książkę czy nie, zresztą te moje komedie kryminalne czyli „Szczęśliwy pech”, „Lokator do wynajęcia” i „Klątwa Utopców” to dość niedoceniany gatunek.  Choć oczywiście ta nagroda bardzo mi pomogła, bo trafiłam do świetnego wydawnictwa, a to przecież jest bardzo ważne, jeżeli nie najważniejsze.

Jak lubi Pani spędzać wolny czas? Czy oprócz pisania ma Pani jakieś inne zainteresowania?

Robię wszystko, gotuję, szydełkuję, szyję, robię na drutach, czytam ogromne ilości książek… Jestem skrajnie kreatywna, więc w zasadzie nie umiem się nudzić. O wolnym czasie słyszałam! To taki mityczny stwór, który podobno nawiedza niektóre osoby, mnie jakoś omija :)

Czyli po prostu „człowiek orkiestra”. Kiedy w takim razie znajduje Pani czas na pisanie, zajmując się tak wieloma sprawami?

Nie mam wyjścia, są sprawy, które „muszę chcieć” i takie, które „chcę chcieć”  – jest we mnie dużo ( czasami nawet za dużo) „dziecka” – ale raczej w wydaniu „wrednego bachora” niż aniołka.

Czy ma Pani jakieś ulubione miejsce, w którym Pani tworzy, ewentualnie jakiś rytuał związany z pisaniem nowych historii? Jak przebiega u Pani proces tworzenia nowej historii?

W moim mieszkaniu była kiedyś loggia, którą zabudowałam i zmieniłam na maleńki ( półtora metra na dwa) pokoik komputerowy i tam mam swoje królestwo. Tam tłumaczę i piszę. Kiedy zaczynam pisać po prostu siadam i piszę, nie staram się robić planu, bo plany mi przeszkadzają, wiem mniej więcej co powinno się zdarzyć, ale najszczęśliwsza jestem, kiedy moi bohaterowie „zaczynają działać sami”, to nic nadzwyczajnego, to oznacza po prostu, że są już ukształtowani i że posiadają własne, dominujące, mocne cechy charakteru, a co za tym idzie coś w rodzaju „woli”. Jest to moment, w którym nie mogę już im wszystkiego „kazać”. Wtedy po prostu zastanawiam się, co ktoś taki by zrobił i idę tym tropem.

Zaczynają jakby żyć własnym życiem i wydaje mi się, że to powoduje ich „prawdziwość” oraz przychylność czytelników.

Tak, ma pani rację, jeżeli są zbyt „zgodni” ze mną, zbyt „ulegli” to poważnie się zastanawiam, czy dobrze ich napisałam… ( Tak chyba będzie z Hanką z Czarciego kręgu, który wysłałam do wydawnictwa – jest jak „ciepły kluch” – zobaczymy) 

Skąd czerpie Pani pomysły na tworzone przez Panią książkowe historie?

Niestety z życia. „Niestety”, bo ludzie bywają i ciekawi i koszmarni zarazem, są niewyczerpanym źródłem radości i zdziwienia – to dotyczy poza morderczych wątków, te mordercze z przyjemnością wymyślam. Za ofiary podstawiam niektórych ze swoich znajomych, w ten sposób oni zostają przy życiu, a moje mordercze skłonności przynoszą wymierne efekty.

Czy darzy Pani szczególną sympatią, któregoś z bohaterów swoich książek?

Kocham Kusiakową z „Utopców”, ciotki staruszki i Maryśkę z „Lokatora do wynajęcia”, pewnie to panią zdziwi, ale lubię ludzi z charakterem, takich z siekierą obok serca na dłoni, w życiu zresztą też wolę takich. Mimozy, motylki i inni ludzie ze skrzydełkami zamiast charakteru denerwują mnie, nie umiem się z nimi dogadać. Wciąż wydaje mi się, że któreś z nas jest nienormalne, a wiadomo wolałabym nie być to ja…

Ja również pokochałam Kusiakową i „różową pindzię” Andżelikę, która mnie bardzo zaskoczyła na koniec. Ich chyba się po prostu nie da nie kochać.

W takim razie powinna pani poznać Reginaldę Kozłowską – jest jeszcze bardziej pokręcona :)

Czy spotyka się Pani ze swoimi czytelnikami? Jak ludzie odbierają Pani książki?

Czasami miewam spotkania autorskie, ale bywają niełatwe. Dlaczego? Bo napisałam w sumie sześć powieści, trzy psychologiczne „Pokonać strach”, „Pocałunek Fauna” i „Chwast” i trzy komediowe. Większość czytelników woli mnie w tej pierwszej, trudniejszej odsłonie. Generalnie, ci którzy lubią powieści psychologiczne omijają komedie, ci, którzy wolą komedie omijają te psychologiczne, mam więc coś w rodzaju literackiego rozdwojenia jaźni. W tej chwili kończę „poważną” książkę, coś w rodzaju thrillera psychologicznego, zobaczymy co z tego wyjdzie .

Trzymam kciuki, żeby ukazała się jak najszybciej, thriller psychologiczny to bardzo ciekawy gatunek.

Ja też trzymam za siebie kciuki, bo nie chciałabym zostać „zaszufladkowana” – chcę umieć pisać wszystko, choć chcieć, nie zawsze móc. Zawsze warto próbować. A propos wcześniejszych pytań powinnam dodać, że młodzi ludzie czasami szufladkują się w „gatunku literackim” zamiast szukać… To też jest ważne.

23 września 2015 ma miejsce premiera Pani najnowszej powieści „Klątwa utopców”. Jest to moje pierwsze spotkanie z Pani literaturą ( i na pewno nie ostatnie). Książkę tą nazwałabym kryminałem na wesoło. Skąd pomysł na taki rodzaj powieści?

Ten pomysł to trochę szukanie swojego miejsca pośród innych ludzi piszących. Chciałam być inna, nie chciałam powtarzać schematów, tematów, tytułów, sytuacji, nie chciałam nikogo naśladować więc spróbowałam znaleźć sobie swoją własną niszę. Oczywiście wielu ludzi pisze komedie kryminalne, ale zazwyczaj kładą nacisk na kryminał, ja kładę nacisk na komedię. Wielu ludzi pisze o kobietach młodych, ja przemycam te starsze, a nawet całkiem stare,  wielu ludzi pisze o korporacjach i wielkim mieście, ja piszę o małych wioskach i ich specyfice, oczywiście z przymrużeniem oka, wielu pisze o „łzach, bzach i drżeniach” czyli o miłości tragicznej, ja wolę tę zwyczajną, codzienną, bez przesadnych wzlotów i upadków, bo mimo wszystko miłość może istnieć bez szlochu i hiperwentylacji (od nadmiernego wzdychania).

Połączenie tego wszystkiego zdecydowanie się Pani udało, co widać już po pierwszych opiniach na różnych portalach internetowych.

W „Klątwie utopców” właściwie nic nie jest takie, na jakie wygląda. Wydawać by się mogło przypadkowe osoby okazują się znać ze sobą i być doskonale zorientowane w sytuacji, niektórzy okazują się być kimś innym, niż tymi, za których się podają, a nawiedzony szpital psychiatryczny wcale nie jest nawiedzony. W trakcie czytania wszystko zdaje się zostać wywrócone „do góry nogami”, jednak na sam koniec idealnie układa się w logiczną całość. Jak Pani to robi, że nie gubi się w tej bardzo skomplikowanej historii. Czy trudno jest Pani tworzyć tak złożone treści?

Wierzę w redaktorów z wydawnictwa, oni znajdą każdego „łysego blondyna” dlatego są tacy ważni. Poza tym nie mam z tym problemów, jestem straszną bałaganiarą, chaos to mój żywioł, w zwykłym spokojnym świecie czuję się jak ryba bez wody ( spokojny oczywiście musi być, nie interesują mnie wojny, zamieszki i porwania, ale trochę szaleństwa nie zaszkodzi)

Te szaleństwa znakomicie sprawdzają się w Pani książkach.

Bardzo podobało mi się zakończenie sprawy w stylu Herculesa Poirot, zebranie wszystkich w jednym miejscu i wyjaśnienie od początku do końca, takie podsumowanie dotychczasowych wydarzeń mających miejsce w Utopcach. Czy ma Pani swoich ulubionych autorów, którymi się Pani inspiruje?

Bardzo dużo czytam, ale mam autorów do których często wracam, ostatnio to Terry Pratchett, ale kocham też Agathę Christie, Antoina de Saint Exupery, Axelsson, Bułhakowa…to zależy od chwili. Staram się jednak unikać inspirowania innymi autorami. To bywa niebezpieczne, można za bardzo w to wejść i nie wiedzieć co jest własne, a co cudze. Ja mam z tym szczególny problem, bo po przetłumaczeniu (w tej chwili już 12 powieści) jestem w stanie na zawołanie zmienić styl, (i czasami nawet sobie nie zdaję z tego sprawy), a przecież każdy powinien być w jakimś sensie sobą, a nie epigonem.

Dziękuję bardzo za poświęcony czas i życzę samych sukcesów związanych zarówno z „Klątwą utopców”, jak i przyszłymi powieściami, które być może znajdują się dopiero w dalekich planach.

A ja dziękuję za nietuzinkowy wywiad! Proszę mi wierzyć… Naprawdę rzadko są tak dobrze przygotowane i poprowadzone :)

2218_klatwa_utopcow

  • Bardzo ciekawy wywiad. Właśnie czytam „Klątwę utopców”. :)