Rozdarte serce – Scarlett Cole

Scarlett Cole powraca ze znakomitą serią „Tatuaże”. Myślicie, że „Najtwardsza stal” była dobrą książką? Koniecznie poznajcie „Rozdarte serce”.

Tatuażysta Brody „Cujo” Matthews nie lubi komplikacji ani w życiu, ani w miłości. Porzucony w dzieciństwie przez matkę, omija szerokim łukiem kobiety, które potencjalnie mogą stać się przyczyną problemów. Udaje mu się to aż do chwili, kiedy poznaje Dreę Andrews – przyjaciółkę dziewczyny jego najlepszego kumpla. Drea jest piękna, ale zmęczona życiem; opiekuje się chorą matką, haruje na dwóch etatach, marzy o spokoju i choć chwili wytchnienia. Ich spotkanie, jak zetknięcie plusa z plusem lub minusa z minusem, wywołuje krótkie spięcie, które sprowadza im na głowy wszystko to, czego za wszelką cenę chcieliby uniknąć: zamieszanie, niepewność, chaos – ale także gorącą miłość.

Minął prawie rok odkąd poznałam tatuażystów z Second Circle Tatoo. Kiedy w końcu wzięłam w ręce drugi tom serii Tatuaże, czyli „Rozdarte serce” przeżyłam pewnego rodzaju deja vu. Ta powieść pochłania, wciąga w swoją intrygującą fabułę i nie pozwala się oderwać. Kolejne strony przelatują ekspresowo i zanim się obejrzałam, miałam za sobą kolejny rozdział. Scarlett Cole pisze w sposób zachęcający do dalszego odkrywania tajemnic zawartych na stronach jej powieści. Znajdziecie tu dużo akcji i mało czasu na nudę. Choć momentami może się wydawać, że wręcz przytłacza ilością problemów, które spadają na naszych bohaterów. Ale lepsze to, niż lanie wody, by zapchać strony.

Znajdziecie tu nie tylko romans pomiędzy dwójką bohaterów, ale także przepiękną i momentami chwytającą za serce i gardło historię. Do tego będzie spora dawka sensacji, napięcia, intrygi i niebezpieczeństwa. Wszystko w idealnych proporcjach, zapewniających ciekawą lekturę, która nie nudzi. Opisy czy myśli bohaterów nie są rozwleczone, więc nie miałam ochoty jedynie pobieżnie przelecieć wzrokiem niektóre fragmenty, które wyłącznie zapychają strony kolejnymi znakami.

– Nie wiem jaką lubisz, więc zrobiłem ci czarną.

Wbiła wzrok w stół, żeby ukryć rozbawienie. Wzięła kilka łyków, mocny zapach pobudził jej kubki smakowe we wszystkich właściwych miejscach.

– Czemu czarna?

– Jakoś mi się z tobą skojarzyła… gorzka, bez cienia słodyczy.

– Jak miło – warknęła, podnosząc wzrok.

Zazwyczaj nie przepadam za powieściami z trzecioosobową narracją, kiedy to mamy wszechwiedzącego narratora. Jest to rodzaj narracji, z którym nie każdy pisarz potrafi sobie poradzić. Wielu autorów się w tym po prostu gubi i piszą w taki sposób, że czytelnik może mieć momentami wątpliwości, kogo dotyczą dane słowa. Nie wiemy już czy czytamy właśnie o głównej bohaterce, jej kochanku czy może o kocie sąsiadki. Zastosowanie pierwszoosobowej narracji jest dużo prostszym rozwiązaniem. W przypadku Scarlett Cole użycie trzecioosobowej narracji wyszło znakomicie. Nie doświadczyłam sytuacji, w których gubiłam się w fabule, zastanawiając, o którym z bohaterów właśnie czytam.

Ta powieść ma jeden, olbrzymi minus, a jest nim jej objętość. Ma zaledwie trzysta pięćdziesiąt stron. Zanim akcja się dobrze rozkręci, poznacie wszystkie ciekawe wątki, zaczniecie powoli składać sobie w całość i odkrywać, kto się z kim łączy i jaka jest jego rola w tej historii, to niestety już się ona kończy. Mam nadzieję, że autorka odkryje więcej informacji na temat Cujo i Drei w następnym tomie, tak, jak obecnie odkryła przed nami nieco informacji na temat Harper i Trenta, którzy kilkukrotnie pojawiają się w tym tomie.

Najtwardsza stal” miała duży minus, którym była kiepska korekta, mnóstwo literówek i zjadanych liter. W tym przypadku korekta na szczęście była dobrze przeprowadzona i udało się uniknąć tych samych błędów. Dzięki temu powieść czyta się dużo lepiej niż pierwszy tom.


Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu