„Prosto z serca” Charles Martin

Zapraszam Was do poznania pięknej powieści, w której główna część rozgrywa się wśród krajobrazów Ameryki Środkowej. Są gangsterzy, narkotyki, bezduszne wykorzystywanie rdzennej ludności, ale także bezinteresowna pomoc, odkupienie i miłość. „Prosto z serca” Charlesa Martina jest jednym z tych tytułów, który poza fantastyczną fabułą zawiera sporo wartościowych treści, pozostających z czytelnikiem na długo.

Głównym bohaterem jest Charlie Finn, kiedy go poznajemy posiada ogromne pieniądze dzięki sprzedaży narkotyków elicie. Może kupić wszystko, ma sposoby, by uniknąć starcia z policją, a jednak w jego życiu ciągle czegoś brakuje. Mając szesnaście lat został na świecie zupełnie sam. Dzięki inteligencji i żyłce hazardowej skończył studia i zdobył dochodową posadę.

Gangster szukający odkupienia?

Życie Charliego było pełne zawiłości, wzloty i upadki były iście spektakularne. Teraz czeka go kolejny cios. Córka jego przyjaciela zostaje pogryziona przez psa, co było skutkiem nielegalnych interesów. Znika także jej brat, zbuntowany i rozgoryczony, a Charlie postanawia go znaleźć. Trop wiedzie go do Ameryki Środkowej, gdzie zupełnie przypadkiem trafia na biedną lekarkę i jej córkę. Jak ich spotkanie zmieni życie obojga? Czy po tych wszystkich intratnych interesach i wielkich pieniądzach Charlie odnajdzie się w tak prostej rzeczywistości? Być może to jest właśnie jego miejsce na ziemi i szansa na odkupienie?

Przyjemna lektura z przesłaniem

Często, żeby oddać klimat książki załączam krótki cytat. Tym razem miałam problem, bo niemal każda strona zawiera wiele wartościowych fragmentów, które można byłoby przytoczyć. Po przeczytaniu opisu na tylnej okładce spodziewałam się dość ciekawej powieści obyczajowej, ale ta książka to coś o wiele więcej niż tylko przyjemna lektura, co było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. To czyni „Prosto z serca” tytułem doskonałym dla osób lubiących nie tylko powieści, ale też głębsze książki.

„Całe rodziny schodziły na nizinę. Matki i ojcowie z trojgiem, czworgiem, pięciorgiem dzieci. Boso. Z gołymi torsami. Głodni. Pozbawieni wszystkiego. Całe swoje życie nieśli w workach na plecach. Nie znałem ich, bo nawet nie próbowałem poznać. Nie mówiłem po hiszpańsku ani nie próbowałem się nauczyć tego języka. Ale coś wewnątrz mnie, może „kompas moralny”, podpowiadało mi, że to ja przyczyniłem się do ich nędzy. To nie ja rozpętałem huragan, ale oni byliby  w stanie przetrwać tę katastrofę. Odbudować zniszczenia. Marshalla jednak nie udało im się pokonać. Ani mnie. Puste, ponure spojrzenia mówiły mi, że złamaliśmy tych ludzi”.


Za książkę do recenzji dziękujemy: