„Popielate laleczki” Hanna Greń

Chociaż Hanna Greń ma w swoim dorobku wiele cenionych tytułów, ja sięgnęłam po kryminał jej autorstwa po raz pierwszy. „Popielate laleczki” to książka, w której pojawiają się bohaterowie, których czytelnicy mogli poznać we wcześniejszych tytułach. Jednocześnie jestem przykładem tego, że nawet przy braku znajomości kryminałów tej autorki, „Popielate laleczki” czyta się z przyjemnością i w niczym nie przeszkadza nieznajomość niektórych wątków prywatnych.

Akcja rozgrywa się w okolicach Wisły, czyli w miejscu, które bardzo lubię. Jednak jeśli liczycie na barwne krajobrazy czy szczyptę górskiego folkloru, to w „Popielatych laleczkach” ich nie znajdziecie. Dominują tajemnice i posądzenia. Bieżące wydarzenia mają swój początek przeszło dwadzieścia lat wcześniej.

Mordowani szantażyści

Książka rozpoczyna się w momencie, kiedy prowadząca własny salon fryzjerski Astrida Szymanowska dostaje maila z pogróżkami i kompromitującymi ją zdjęciami z przeszłości. Nie wiemy nic więcej poza tym, że zamierza zapłacić szantażyście. Wiadomość odczytuje również jej córka, Tula, która widząc zachowanie matki, zamierza rozprawić się z szantażystą. Dociera na wskazane miejsce i znajduje go… z podciętym gardłem. Koniec końców wydawałoby się, że mężczyzna zabrał swoją tajemnicę do grobu, ale kilka lat później powtarza się identyczna sytuacja. I również szantażysta zostaje zamordowany.

„Leżał na chodniku tuż poniżej skrzyżowania, a gdy z okrzykiem przerażenia doń podbiegła, w świetle komórki, której jednak zdecydowała się użyć, zauważyła kałużę krwi i szeroko rozwarte, niewidzące oczy. W zaciśniętej dłoni tkwiła frezja.

– Znowu to samo! No to się, kurwa dowiedziałam prawdy! – jęknęła na wpół ze zgrozą, na wpół z rozczarowaniem.

Odsunęła pokusę, żeby jak najprędzej stamtąd uciec i udawać, że niczego nie widziała. Gdyby kiedyś wydało się, że tu była i uciekła, stałaby się pierwszą podejrzaną.

– To jednak prawda, że do wszystkiego można się przyzwyczaić – mruknęła, stukając w klawisze telefonu”.

Kto zabija?

Asta nie chce niepokoić córki i unika wyjaśnień, Tula zaś ma własne teorie i też działa za plecami matki. O co w tym wszystkim może chodzić? Już przy pierwszym denacie nasuwa się wiele trudnych pytań, ale kiedy pojawia się drugi, w ogóle nie wiadomo czego się chwycić. Nie wiemy, co się zdarzyło w przeszłości. Nie wiemy, kto zabił ani dlaczego zawsze na miejscu zdarzenia jest Tula. Możemy próbować zgadywać, jaki będzie finał, ale co rusz pojawiają się nowe poszlaki, mylne tropy i zaskakujące zwroty. W zasadzie nawet wtedy, kiedy wydawałoby się, że wiemy, co będzie dalej, na następnej stronie otwieramy oczy ze zdumienia. „Popielate laleczki” to fantastyczny tytuł dla wszystkich wielbicieli kryminalnych zagadek. Jest mrocznie, jest tajemniczo i zaskakująco. Skrupulatnie prowadzone śledztwo obserwujemy równocześnie z perypetiami bohaterów na płaszczyźnie prywatnej. Całość uzupełniona jest o błyskotliwe dialogi, przez co książkę czyta się wprost znakomicie.


Za książkę do recenzji dziękujemy: