Opowiadanie, które zmieniło się w powieść

Niepotrzebnie. Wznowiona po raz drugi przez Wydawnictwo Zysk i S-ka powieść „Przystań Wiatrów” aż się prosi o przycięcie do rozmiarów opowiadania, które ją zapoczątkowało.

Bardzo lubię fantastykę nieco nadgryzioną zębem czasu, jeszcze z XX w. Tolkiena ze swoim „Władcą Pierścieni”, Ursulę K. Le Guin i jej „Ziemiomorze”, sagę o wiedźminie Sapkowskiego czy cykl powieści o Enderze autorstwa Orsona Scotta Carda. Literatura fantastyczna wydawana obecnie nie dorasta im do pięt, choć wydawałoby się, że rozwijające się w szalonym tempie nowe technologie powinny stanowić wspaniałą inspirację dla debiutów literackich, szczególnie tych z gatunku science fiction.

Napisane przez George’a R. R. Martina i Lisę Tuttle opowiadanie „Planeta burz”, na podstawie którego powstała książka „Przystań Wiatrów”, zostało opublikowane w złotym stuleciu fantastyki, w latach siedemdziesiątych. Ukazało się w nowojorskim czasopiśmie „Analog Science Fiction and Fact” wydawanym pod różnymi nazwami od 1930 r. Numer zawierający opowiadanie Martina i Tuttle można dostać na Amazonie za niecałe 4 funty. W Polsce w 1983 r. na swoich łamach umieścił je miesięcznik „Fantastyka”. Warto wiedzieć, że „Planetę burz” nominowano do prestiżowej Nagrody Hugo.

„Przystań Wiatrów” wydano po raz pierwszy w latach osiemdziesiątych. Nie powiem, posiada specyficzny, trudny do opisania klimat starej, dobrej fantastyki, którego brakuje bardziej współczesnym książkom. Przemawia do wyobraźni, odrywa od rzeczywistości. Pod kątem językowym niewiele można jej zarzucić. Co nie zmienia faktu, że całość jest, kolokwialnie rzecz ujmując, rozwleczona do granic możliwości. Tracą zwłaszcza dialogi. Pisane na siłę, stają się drętwe. Akcja też kuleje.

Myślę, że można byłoby to zrobić lepiej. Zwłaszcza że pomysł, z którego wzięło się opowiadanie, a później książka, jest niezły. Taki trochę ikarowo-dedalowy. Statek kosmiczny rozbija się na obcej planecie. Z jego szczątków rozbitkowie budują skrzydła, na których przemieszczają się z jednej wyspy na drugą. Skrzydłami dysponują tylko wybrani, lotnicy. Służą im one do przekazywania wiadomości między wyspami. Pozostali – lądowcy – żyją skromnym życiem, uwięzieni na wysepkach rozsianych na ogromnym oceanie. Niektórzy odważnie wypływają w morze na zbudowanych przez siebie statkach, ale ten środek lokomocji jest mocno niepewny. W wodzie roi się od drapieżnych stworów, odległości pomiędzy wyspami są niemałe.

W powieści dominuje motyw walki z systemem kastowym. Na nim opiera się cała akcja. I wszystko byłoby fajnie, gdyby skończyło się na części pierwszej. Jednak autorzy postanowili pociągnąć temat. W pewnym momencie najwyraźniej zabrakło im pomysłów, bo niestety od połowy książki, a nawet wcześniej, lekko wieje nudą.

Dlaczego Wydawnictwo Zysk i S-ka zdecydowało się na ponowne wznowienie „Przystani Wiatrów”, pozostaje tajemnicą poliszynela. W czasach boomu na „Grę o tron”, która pożarła miliony dolarów i ustawiła odtwórców głównych ról do końca życia, nazwisko George’a R. R. Martina to prawdziwa żyła złota dla rynku wydawniczego. Pewnie w porównywalnym, jeśli nie mniejszym, stopniu co Emilia Clarke i Kit Harington dla Dolce & Gabbana.


Za książkę do recenzji dziękujemy:

  • Grazyna st.

    No to mam problem rozwiązany. Wystarczy mi recenzja /przekonywująca/, nie będę ganiać za tą książką.