Odnaleźć siebie – T.M. Frazier, King

„King” T.M. Frazier był jedną z książek, na które niecierpliwie czekałam tej jesieni i się w końcu doczekałam, choć zastała mnie z nią praktycznie kalendarzowa zima. Jakie były moje wrażenia po jej lekturze? Skomplikowane. To słowo zdecydowanie najlepiej opisuje moje odczucia. Chcecie wiedzieć więcej? Zapraszam do lektury recenzji.

Brantley King po kilkuletniej odsiadce w więzieniu, wraca do swojego domu. Domu, na który zarobił i kupił już jako nastolatek. Mieszka w nim wraz z najlepszym przyjacielem Samuelem „Preppym” Clearwaterem, którego kiedyś uratował przed szkolnym prześladowcą. Razem prowadzą niezbyt legalnej interesy, a King ze względu na swoją postawną sylwetkę stanowi postrach okolicy. Jest im dobrze tak, jak jest. To właśnie Preppy postanowił wyprawić Kingowi powitalne przyjęcie z okazji wyjścia na wolność. Zaprosił na nie członków zaprzyjaźnionego klubu motocyklowego. Jednak King najchętniej zamknąłby się z piwem w swoim pokoju i robił to, co sprawia mu najwięcej przyjemności, czyli tatuował. Ten „relaks” przerywa mu zupełnie nieznajoma dziewczyna, która przypadkiem wpada do jego pracowni, a później próbuje go nieudolnie uwieść, udając prostytutkę. King szybko orientuje się, że wystraszona dziewczyna, nie należy do tego typu kobiet. W wyniku nieporozumienia, Doe, bo tak ma na imię, zostaje przez niego uwięziona. Dziewczyna powoli zaczyna ujawniać Kingowi informacje o sobie, choć sama zna ich niewiele. W konsekwencji brutalnego napadu na ulicy, cierpi na amnezję. Nie pamięta nic o sobie. Po opuszczeniu szpitala trafiła na ulicę, gdzie próbuje przeżyć za wszelką cenę. W ten sposób znalazła się na imprezie powitalnej swojego oprawcy. Brantley King właśnie próbuje na nowo ułożyć swoją przyszłość, a Doe próbuje przypomnieć sobie cokolwiek i ruszyć dalej. Jak bardzo ich losy wpłyną na siebie? Co się stanie, kiedy Doe przypomni sobie kim jest naprawdę?

Długo czekałam na „Kinga”. Atmosferę niecierpliwego oczekiwania podkręcały jeszcze pojawiające się w wielu miejscach pozytywne opinie o tej powieści. Kiedy już do mnie dotarła paczka z Wydawnictwa Kobiecego, miałam przed nim kilka innych książek, które musiałam przeczytać pilniej. W końcu przyszła pora by poznać owianego złą sławą Brantleya Kinga. I co? I nie mogłam się w nią wkręcić. Czytałam, czytałam, ale szło mi to dość opornie. Miałam wrażenie, że autorka nie mogła się rozkręcić i zdecydować jak poprowadzić wątki. Jednak nie myślcie, że książka jest słaba i nudna. Oporne czytanie było tylko do pewnego czasu. Na szczęście T.M. Frazier ruszyła niczym koń z kopyta i było już tylko lepiej. A czytając ostatnie strony wręcz zaczęłam się denerwować, dlaczego premiera „Tyrana”, czyli drugiej części serii będzie mieć premierę dopiero w lutym. Dopiero, a może i już w lutym. Wszak zawsze mogliśmy musieć czekać na nią dużo dłużej. Nie mniej jednak po tak zaskakującym zakończeniu, chyba każdy czytelnik będzie miał ochotę natychmiast sięgnąć po jej kontynuację.

Cały dzień walczyłem z pragnieniem, by za nią ruszyć. A potem Preppy powiedział mi, że ona straciła pamięć. Więc nie mogłem siedzieć bezczynnie. Zrobiłem coś, co sprawiło, że pójście za nią stało się proste. Ta decyzja na zawsze zmieni życie wszystkich dookoła mnie. Dla niektórych na lepsze. Dla innych na gorsze. Niektórzy skończą martwi. Dowiedziałem się, kim Doe była naprawdę.

 

Poza schematami

Po pierwsze, „King” to absolutnie nie jest typowy romansem czy erotykiem. Ta historia przez większość czasu jest bardziej jak połączenie kryminału, thrillera i dramatu. Trudno tu doszukać się jakiegokolwiek typowego schematu, bo właściwie jego nie ma, chociaż początkowo mogłoby się wydawać, że będzie tak, jak zazwyczaj. A na sam koniec będziecie się zastanawiać, co tam się właściwie stało i równie niecierpliwie jak ja, czekać na „Tyrana”.

Po drugie, postaci, które wykreowała autorka, są naprawdę interesujące. King, czyli brutal o złotym sercu, stawiający swoich bliskich na pierwszym miejscu, to facet, o którym marzyłaby zapewne nie jedna kobieta. Tajemnicza, nic nie pamiętająca Doe, nieśmiała, ale i jednocześnie niezwykle odważna. Potrafi się postawić, kiedy trzeba, nawet komuś takiemu, jak King, którego boją się chyba wszyscy. I jeszcze jest Preppy, który jest swoistą wisienką na torcie, do samego końca dostarczając rozrywki podczas lektury. A relacje pomiędzy tą trójką, to istna mieszanka wybuchowa.

Historia nie dla każdego

W książce znajdziecie naprawdę dużo brutalności. Jeśli więc nie akceptujecie historii z takimi klimatami, to zdecydowanie nie sięgajcie po tę powieść, bo się Wam po prostu nie spodoba lub wręcz będzie Was od niej odrzucać. Sama miałam przez jakiś czas problem z przyzwyczajeniem się do tej kwestii, mimo, że podobne motywy nie są dla mnie jakimś wielkim zaskoczeniem. Tu jednak było nieco inaczej, dlatego z góry Was ostrzegam, żebyście później nie musieli pisać, że książka Was zawiodła.

– W więzieniu dotarło do mnie, że wszyscy jesteśmy jak mrówki.

– To znaczy?

– Chodzi o to, że wszyscy się kręcimy, wykonując jakieś nic nieznaczące zadania. Mamy tylko jedno życie. Jedno. A spędzamy tyle czasu, robiąc coś, czego nawet nie lubimy. Ja już nie chcę tak żyć.

 

Sama książka jest napisana dość lekko, czyta się ją naprawdę szybko, szczególnie, kiedy zacznie robić się bardzo interesująco. Historię poznajemy zarówno oczami Doe, jak i Kinga, a obie te perspektywy są równie ciekawe. Dodatkowo, mimo, że to teoretycznie wyłącznie powieść, która ma dostarczyć rozrywki, niesie za sobą kilka przesłań. Jak m.in. to, że rodzinę niekoniecznie tworzą więzy krwi czy to, że nie zawsze pierwsze wrażenie jest prawdziwe i słuszne.

Jak wspominałam wcześniej, już w lutym, a dokładnie to 16. lutego będzie mieć miejsce premiera drugiego tomu serii, czyli „Tyrana”, po którą koniecznie musicie sięgnąć, jeśli spodobała się Wam pierwsza część.


Za egzemplarz do recenzji dziękujemy