O byciu tłumaczem literackim słów kilka, czyli rozmowa z Piotrem Grzegorzewskim

grzegorzewski fotoCzy kiedykolwiek sięgając po książkę zagranicznego autora zastanawialiście się, kto ją przełożył na język polski? Czy pomyśleliście o tym, że to właśnie tłumaczowi danej książki zawdzięczamy to, że tak dobrze się ją czyta? Można właściwie stwierdzić, że autor przekładu jest drugim autorem książki. Dlatego dziś mamy dla Was niespodziankę. Na rozmowę udało nam się namówić jednego z  rodzimych tłumaczy literackich, Piotra Grzegorzewskiego, który w swoim dorobku ma tłumaczenia m.in. recenzowanych przez nas książek Colleen Hoover (Hopeless i Maybe Someday). Zapraszamy do lektury tej bardzo ciekawej rozmowy, z której dowiecie się między innymi jakie były zawodowe początki naszego rozmówcy, jak wyglądają realia pracy tłumacza literackiego, na ile ma on wpływ na tłumaczoną książkę, jakie są jego ulubione i znienawidzone przekłady a także  kilka słów o tłumaczeniu książek pisanych kobiecą ręką.

Jak wyglądała Pana droga do zostania tłumaczem książek? Co Pana do tego skłoniło?

O krytykach literackich mówi się czasami, że to pisarze, którym się nie powiodło. Myślę, że z wieloma tłumaczami literackimi jest podobnie – gdzieś tam po szufladach (lub folderach w komputerze) mamy poupychane swoje powieści i opowiadania. Niektórym z nas udaje się je wydać. A nawet odnieść sukces (jeśli nie komercyjny, to na pewno artystyczny). Tomasz Mirkowicz czy Zbigniew Batko byli nie tylko fantastycznymi tłumaczami, ale również świetnymi prozaikami.

Odkąd pamiętam, chciałem być pisarzem. W podstawówce, gdy większość moich kolegów grała w nogę, ja pracowicie zapełniałem swoją „twórczością” kolejne zeszyty. W mojej aberracji utwierdzały mnie hymny pochwalne kolejnych polonistek.

W czasach licealnych, czyli w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, związałem się z awangardowo-happenerską formacją Sernik Zamordowany Wkrótce Nielegalny, założoną w Warszawie przez Pawła Kwietnia i Bolka Błaszczyka. Jako Oddział Północny Sernika wydawałem artzin z własnymi opowiadaniami inspirowanymi twórczością Viana, Vonneguta i Topora, pastiszami poezji lingwistycznej, a nawet komiksami.

Jakiś czas temu Bolek (obecnie ceniony muzyk awangardowy i wiolonczelista Grupy MoCarta) wpadł na pomysł wydania płyty z archiwaliami Sernika. Do udziału w projekcie zaprosił między innymi Zbigniewa Zamachowskiego i Wojciecha Malajkata. Dzięki temu miałem okazję wysłuchać swoich zapomnianych utworków-potworków w interpretacji tych wybitnych aktorów. Jakby to zapewne ujął jeden z autorów, których książki tłumaczę: „Jego serce przepełniała duma, choć jednocześnie kulił się z zażenowania” ;-).

Na razie wydanie płyty, z przyczyn finansowych, przesunęło się w czasie, ale mam nadzieję, że ostatecznie do niego dojdzie.

Po rozpadzie Sernika nie porzuciłem literackich ambicji. Jako świeżo upieczony polonista wyjechałem na rok w Sudety, by napisać wiekopomne dzieło ;-). Na życie zarabiałem, ucząc polskiego w wiejskiej szkole (pozdrawiam Janowice Wielkie!). Ostatecznie z wiekopomnego dzieła nic nie wyszło, za to, ku mojemu szczeremu zdumieniu, uczenie polskiego okazało się zajęciem na tyle satysfakcjonującym, że na posterunku siłaczki niosącej oświaty kaganek wytrwałem dobrze ponad dziesięć lat.

Jednak cały czas czegoś mi brakowało. I pewnie w końcu zostałbym sfrustrowanym krytykiem literackim, gdyby w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych moja siostra Tatiana, która wówczas kończyła anglistykę, nie zaproponowała, żebym wraz z nią spróbował sił jako tłumacz. Zrobiliśmy próbkę dla jednego z wydawnictw, została ona przyjęta… i tak to się zaczęło. Właśnie uświadomiłem sobie, że w przyszłym roku minie od tego zdarzenia dwadzieścia lat.

Czy w Polsce można utrzymać się z tego rodzaju pracy? Czy jest to raczej dodatkowe zajęcie?

Wydaje mi się, że dla większości tłumaczy jest to dodatkowe zajęcie (sam przez pierwsze dziesięć lat łączyłem pracę tłumacza z uczeniem w szkole). Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, stawki za tłumaczenie literatury nie należą do najwyższych (przynajmniej w porównaniu ze stawkami tłumaczy specjalistycznych). Po drugie, honorarium otrzymuje się zwykle dopiero kilka miesięcy po oddaniu przekładu (na dodatek nierzadko z opóźnieniem). I wreszcie po trzecie, nigdy nie wiadomo, jak długo będzie się czekać na kolejne zlecenie. Generalnie tłumaczom brakuje poczucia bezpieczeństwa. Dlatego wielu z nas pracuje na etacie lub choćby połówce etatu. Ja akurat od wielu lat jestem w tej komfortowej sytuacji, że mogę zajmować się wyłącznie tłumaczeniami – ale nie łudźmy się, poczucie bezpieczeństwa  zawdzięczam głównie swojej cudownej żonie i jej etatowi. To dzięki niej mogę robić to, o czym marzyłem od dziecka: całymi dniami siedzieć w domu i pisać, pisać, pisać…

W każdym razie z przeprowadzonej jakiś czas temu ankiety Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury wynika, że w Polsce tłumacz literacki o ugruntowanej pozycji i sporym dorobku może liczyć (pod warunkiem ciągłości zleceń) na zarobki w okolicach średniej krajowej. Niby nieźle, ale jeśli odliczy się od tego składki na ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne (które tłumacz musi opłacać samodzielnie), już nie jest tak różowo. Innymi słowy: raczej wakacje nad Bałtykiem niż Kanary ;-).

Czy zawód tłumacza jest doceniany w naszym kraju? W końcu to, że książki obcojęzycznych autorów świetnie się czyta, zależy właśnie od dobrego tłumaczenia.

Dziękuję za te słowa. Niestety, niewiele osób to dostrzega. O tłumaczach najczęściej mówi się przy okazji ewidentnie nieudanych przekładów. Rzadko kiedy wymienia się ich nazwiska w recenzjach i omówieniach książek, pomijają je na swoich stronach sklepy internetowe, a nawet wydawcy. Na szczęście to się zmienia. Mam wrażenie, że z roku na rok jest coraz lepiej. Kilka lat temu powstało wspominane już przez mnie Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury, którego celem jest między innymi promocja zawodu tłumacza literackiego. Przyglądam się działaniom koleżanek i kolegów zrzeszonych w tej organizacji z uznaniem i niekłamanym podziwem.

Jakimi cechami, wg Pana, powinien charakteryzować się dobry tłumacz książek?

Najważniejsze wydają mi się talent literacki oraz słuch językowy. Tłumacz powinien być wyczulony na melodię języka, wyłapywać najmniejsze fałsze. Znajomość języka, z którego się tłumaczy, również jest ważna, ale wcale nie najważniejsza. Gdyby była najważniejsza, tłumaczami literackimi zostawaliby głównie absolwenci filologii obcych, tymczasem mam wrażenie, że są oni wśród nas w zdecydowanej mniejszości. Tłumaczami literackimi są poloniści, kulturoznawcy, filozofowie… a nawet matematycy, czego przykładem jest Ryszard Engelking, znakomity tłumacz Flauberta.

Ile czasu zajmuje Panu przekład jednej książki na język polski?

Książka książce nierówna. Wszystko zależy od jej objętości, stopnia skomplikowania tekstu, a także tego, czy leży mi styl autora. Są książki, które właściwie tłumaczą się same, w tym sensie, że daję się ponieść frazie i niemal nie odczuwam trudów związanych z ich przekładem. Czytam oryginalne zdanie i od razu układam sobie w głowie jego polski odpowiednik. Praca przebiega szybko i przyjemnie. Na przeciwnym biegunie lokują się pozycje, które właściwie należałoby napisać na nowo. Inaczej też tłumaczy się najeżoną faktami i terminami, które należy sprawdzić, literaturę non-fiction, a inaczej na przykład thrillery czy książki młodzieżowe.

Praca tłumacza to dość elastyczne czasowo zajęcie. Czy ma Pan ulubione miejsce albo godziny pracy? Coś, co wyjątkowo dobrze wpływa na Pana pracę lub jakieś rytuały z tym związane?

Nie przesadzałbym z tą elastycznością. Oczywiście zawsze mogę zrobić sobie wolne, gdy któregoś dnia praca mi ewidentnie nie idzie lub po prostu zanadto wciąga mnie to, co się dzieje na Facebooku ;-), jednak terminy są zwykle tak napięte, że później i tak muszę ten wolny dzień odrobić w sobotę lub w niedzielę. Zdarza mi się też pracować w święta, a nawet podczas wyjazdów wakacyjnych. Już dawno temu zrozumiałem, że termin wolny zawód w istocie nie ma nic wspólnego z wolnością. Jednak nie narzekam – robię to, co lubię, i nigdy w życiu nie zamieniłbym tego zawodu na inny.

Nie mam jakiegoś wyjątkowego miejsca pracy, nie potrzebuję wyciszonego gabinetu czy wieży z kości słoniowej. Mamy w salonie ogromny dębowy stół, który stanowi centrum naszego życia rodzinnego, rozrywkowego i zawodowego. To właśnie przy nim pracujemy z żoną. Najczęściej w godzinach 10-14, a potem 17-19. Te godziny pracy wymuszone są przez codzienny rytm życia naszej rodziny (wychodzenie z psem, śniadanie, odprowadzanie dzieci do szkoły i przedszkola, zakupy, obiad). Jednak gdy akurat goni mnie termin (a zdarza się to nagminnie, gdyż nie lubimy się za bardzo z deadline’ami), pracuję i po dwanaście godzin dziennie.

Czy w trakcie tłumaczenia książek pojawiają się wątpliwości albo chęć zmiany treści? Czy jako tłumacz miewa Pan problemy, żeby ściśle trzymać się oryginalnej fabuły? A może chętnie by Pan coś zmienił?

Skłamałbym, gdybym powiedział, że taka pokusa nigdy się nie pojawia. Dotyczy to zwłaszcza książek słabych, które aż proszą się o to, żeby je trochę podrasować. Jednak staram się tej pokusie nie ulegać. Wydaje mi się, że byłoby to nieuczciwe względem autora i czytelników. Tłumacz ma inne sposoby na wyrażenie siebie.

Na ile tłumaczowi wolno jest zmieniać treść przekładanej książki?

Moim zdaniem tłumacz nie ma prawa tego robić. Jego domeną pozostaje język, styl (chociaż oczywiście tutaj też istnieją pewne ograniczenia – należy jak najpełniej oddać rejestr językowy oryginału i w miarę możliwości nie obciążać tłumaczenia własnymi manieryzmami stylistycznymi). Ingerencję w treść książki dopuszczam w zasadzie tylko w sytuacji, gdy mamy do czynienia z oczywistym błędem autora (a te zdarzają się nawet najlepszym). Jeśli autorka w jednym rozdziale w mieszkaniu bohaterki umieszcza aneks kuchenny, a w następnym rozdziale robi z niego osobną kuchnię, oczywiście interweniuję. Jeśli autor książki non-fiction myli datę jakiegoś wydarzenia, zmieniam ją (lub – o wiele rzadziej – daję przypis).

Zdarzyło się Panu odmówić tłumaczenia jakiejś książki?

Oczywiście! Najczęściej odmawiam wtedy, gdy termin oddania tłumaczenia zaproponowany przez wydawcę koliduje z innymi moimi zobowiązaniami. Zwykle staram się współpracować z dwoma lub trzema wydawnictwami równocześnie (dzięki temu mam zapewnioną ciągłość zleceń). Zdarza się, że któreś z nich proponuje mi przekład w chwili, gdy ślęczę nad propozycją konkurencji. Czasami też odmawiam, gdy nie znajduję w książce niczego godnego uwagi albo uważam, że nie podołam przekładowi. Po blisko dwudziestu latach pracy znam swoje ograniczenia, wiem również mniej więcej, od jakiego rodzaju literatury powinienem się trzymać z daleka. Na przykład na pewno nie przyjmę propozycji przekładu kilkusetstronicowej powieści fantasy (dawno temu odmówiłem tłumaczenia jednego z tomów Pieśni lodu i ognia George’a R.R. Martina i dotąd tego nie żałuję). Po prostu wiem, że to nie dla mnie. Zresztą ja w ogóle mam problem z tłumaczeniem grubszych książek – po pewnym czasie strasznie mnie nudzą. Dlatego zwykle staram się dobierać do nich współtłumacza (najczęściej jest to moja siostra; kilka książek przetłumaczyłem również z żoną Iwoną Grzegorzewską, a ostatnio z Marcinem Wróblem). Lubię pracę w tandemie, bo uatrakcyjnia ona ten jednak dość samotniczy zawód.

Wiem też, że najlepiej się czuję w książkach z narracją pierwszoosobową, pisanych potocznym językiem. Pamiętam, jak w liceum polonistka kręciła głową nad moimi wypracowaniami, mówiąc: „Ty, Piotruś, piszesz tak, jak się mówi”. Oczywiście miał to być zarzut. Tymczasem dla mnie był to największy komplement. Do dzisiaj najbardziej cieszy mnie, gdy redaktorka przyjmująca moje tłumaczenie pisze, że przekład się świetnie czyta i napisany jest żywym językiem.

Ulubiony/ najbardziej znienawidzony autor/ książka spośród Pana przekładów. Ma Pan takie typy? Czy są pozycje lub autorzy, z którymi szczególnie dobrze lub źle się Panu pracuje?

O najbardziej znienawidzonych nie będę mówił, zamieszane w to wydawnictwa wiedzą, o które książki chodzi ;-). Powiem o tych ulubionych. Miło wspominam pracę nad cyklem powieściowym Christophera Fowlera o Wydziale Przestępstw Osobliwych. W moim tłumaczeniu ukazały się dwa tomy: „Podziemne rzeki Londynu” oraz „Siedemdziesiąt siedem zegarów”. Niezwykle klimatyczne książki detektywistyczne z twistem ;-). Niestety, sprzedawały się tak słabo, że wydawnictwo zrezygnowało z dalszych tomów. Od lat próbuję nimi zainteresować innych wydawców – na razie bezskutecznie. Z przyjemnością wracam też pamięcią do pracy nad przekładem powieści „Wyższe sfery” Petera Hedgesa – może dlatego, że była to pierwsza książka, jaką przetłumaczyłem wspólnie z żoną (tak się składa, że występuje w niej dwoje narratorów, żona i mąż – aż się prosiło, żeby Iwona przetłumaczyła tekst narratorki, a ja narratora). Oprócz tego lubię „Leni. Życie i twórczość Leni Riefenstahl” autorstwa Stevena Bacha – to nie tylko biografia niezwykłej reżyserki, lecz również wciągające i erudycyjne studium nazizmu. Z czystym sumieniem mogę także polecić „Cichą wiarę w anioły” R.J. Ellory’ego (napisany z epickim rozmachem thriller z akcją rozgrywającą się na przestrzeni kilkudziesięciu lat na amerykańskim południu). No i „O mały włos” Eoina Colfera, bodajże pierwszą podróż popularnego autora książek młodzieżowych do świata dorosłego kryminału. A także „Moją piątkę z Cambridge” Jurija Modina – rzecz o najsłynniejszej sowieckiej siatce szpiegowskiej działającej w Wielkiej Brytanii, napisaną przez oficera prowadzącego z KGB. Na zakończenie wypada też wspomnieć o powieściach Colleen Hoover, których mam na swoim koncie bodajże pięć (a chyba nie zdradzę jakiejś wielkiej tajemnicy wydawniczej, jeśli dodam, że będą kolejne). Mówiłem już, że niektóre książki właściwie tłumaczą się same. Powieści tej autorki należą właśnie do takich. No a poza tym dzięki nim zaistniałem w świadomości koleżanek z klasy mojej starszej córki ;-).

Która, z tłumaczonych książek, zapadła Panu najbardziej w pamięć i jaka była tego przyczyna?

Nie chcę się powtarzać, więc powiem tylko, że z pewnością każda z książek wymienionych przed chwilą.

W swoim dorobku ma Pan zarówno tłumaczenia książek napisanych przez mężczyzn, jak i przez kobiety. Czy trudniej tłumaczy się książki pisane kobiecą ręką?

Nie widzę większej różnicy. Może co najwyżej taką, że częściej zdarza mi się wzruszyć przy tłumaczeniu książki napisanej przez kobietę niż przez mężczyznę. Ale ja w ogóle łatwo się wzruszam, nawet na „Znachorze” płaczę, gdy leci co roku w telewizji ;-). Czasami żona się ze mnie śmieje, że zrobił się ze mnie specjalista od literatury kobiecej. Rzeczywiście ostatnio częściej tłumaczę książki napisane przez kobiety niż przez mężczyzn. Ale skoro ktoś tam w jednym czy drugim wydawnictwie wciąż powierza mi tego rodzaju literaturę, nie bacząc na moją płeć, to chyba nie najgorzej sobie z nią radzę…

Na Pana stronie internetowej, w zakładce „kontakt” zachęca Pan do wysyłania listów miłosnych i anonimów. Czy dużo Pan takich dostaje?

Z tymi listami miłosnymi i anonimami to oczywiście żart. Tłumacze są postaciami drugiego planu i chyba takimi powinni pozostać (co nie znaczy jednak, że w ogóle nie powinno się zauważać ich obecności). Co do listów… Ze dwa czy trzy razy zdarzyły się prośby o zdjęcie z autografem. Uznałem to za czyjś dowcip lub nieporozumienie. Anonimów na szczęście do tej pory nie było. Dostałem za to ze dwie propozycje pracy ;-).

Jak się Pan czuje czytając maile z podziękowaniami za świetne tłumaczenia i pytaniami „Kiedy kolejne?”, otrzymywanymi od „psychofanek” autorów, których książki pan tłumaczy?

Oczywiście w takich przypadkach zawsze jest mi niezmiernie miło. Chociaż czuję się też lekko zawstydzony i mam poczucie, że nie do końca na te pochwały zasłużyłem. Za sukcesem tłumaczenia stoi nie tylko tłumacz, ale również redaktorzy i korektorzy (chociaż chyba powinienem powiedzieć: redaktorki i korektorki, bo to mocno sfeminizowane zawody). Jedynie ja wiem, ile razy te jeszcze bardziej niedoceniane od tłumaczy osoby uratowały mi tyłek i uchroniły przed kompletnym blamażem… Zresztą – na całe szczęście – tych maili z podziękowaniami przychodzi stosunkowo niewiele. Gdyby było ich więcej, popadłbym do reszty w samozachwyt, a ten jest chyba głównym wrogiem tłumacza.

Czy ma Pan jakąś pasję, która zajmuje Panu czas poza tłumaczeniem książek?

Muszę Panią rozczarować. Gdy nie tłumaczę książek, zwykle je czytam. Jestem beznadziejnym przypadkiem mola książkowego. Poza tym tak jak wszyscy od czasu do czasu chodzę do kina i oglądam seriale. No i słucham muzyki. Choć już nie tak dużo jak kiedyś.

A właśnie: muzyka. Chyba nie wspominałem, że kiedyś odgrywała bardzo ważną rolę w moim życiu. Zresztą, nie tylko w moim. Pamiętam, że Andrzej Stasiuk napisał w którejś książce, że chciał zostać muzykiem, ale nie nauczył się dobrze grać na żadnym instrumencie, więc z braku laku został pisarzem. No więc ja też kiedyś chciałem zostać muzykiem, ale z braku laku postanowiłem zostać pisarzem, po czym z braku laku zostałem tłumaczem. I dobrze mi z tym. Wydaje mi się, że ta wątpliwej jakości figura retoryczna idealnie puentuje nasz wywiad ;-).

Czego życzy się tłumaczowi?

Z okazji Międzynarodowego Dnia Tłumacza, który przypada 30 września, tłumacze literaccy życzą sobie wzajemnie jak najciekawszych książek do tłumaczenia, ale również wysokich stawek, płacących w terminie wydawców i kompetentnych redaktorów.

Moim programem maksimum, jeśli chodzi o życzenia, jest znalezienie autora, którego będę mógł w stu procentach uznać za swojego. „Swojego” w tym sensie, że właściwie wyraża moje myśli i w zasadzie pisze o moim życiu. Jak na razie takich stuprocentowo swoich autorów znajduję tylko jako czytelnik (ostatnio jest nim Karl Ove Knausgard, którego książki wychodzą u nas w tłumaczeniu Iwony Zimnickiej). Program minimum: tłumaczyć jak najwięcej książek, po które sam chętnie bym sięgnął jako czytelnik.

Chciałabym w takim razie życzyć Panu spełnienia tych wszystkich marzeń i pragnień, samych sukcesów i oczywiście jak najwyższych stawek (płaconych w terminie ;) )