Nieświęty pan Saint – Katy Evans, Manwhore

manwhore katy evansTo nie jest kolejna historia o Kopciuszku i bogatym, zepsutym Księciu z Bajki, który pod wpływem niespodziewanej miłości zmienia się w dobrego, ułożonego mężczyznę. To historia, która nie raz Was zaskoczy i zostawi z poczuciem „ja chcę jeszcze” i oczywiście „co było dalej?”. Jesteście gotowi?

Rachel Livingston jest młodą, dwudziestotrzyletnią zapaloną dziennikarką, pracującą dla podupadającego magazynu Edge, w wolnym czasie aktywnie działającą w organizacji Stop Przemocy, pomagającej rodzinom, które w wyniku przemocy na ulicach, tak jak ona, straciły kogoś bliskiego. Gdy redaktor naczelna Edge wpada na iście szatański pomysł napisania demaskatorskiego artykułu o najbardziej pożądanym mężczyźnie w Chicago, czyli Malcolmie Saintcie, Rachel nie waha się zbyt długo. To jej być albo nie być. Widzi w tym szansę na przyszłość dla swojej kariery, chorującej mamy oraz na uratowanie podupadającego magazynu. Tylko czy tak zajęty człowiek znajdzie dla niej chociaż chwilę w swoim napiętym grafiku? W końcu jest nikomu nie znaną dziennikarką. A kim jest Malcolm Kyle Preston Logan Saint, bo tak brzmi jego pełne imię i nazwisko? To złote dziecko chicagowskiego biznesu. Wpływowy, bogaty i obłędnie przystojny. Każdy facet chce być nim, a każda kobieta chce być z nim. Ma wyłącznie dwóch przyjaciół, Tahoe Rotha i Callana Carmichaela. Pan Saint ukrywa jednak więcej sekretów, niż się wszystkim wydaje. Gdy Rachel w ostatniej chwili dowiaduje się o możliwości spotkania z Malcolmem Saintem, nie ma czasu nawet na przebranie się. Jedzie tak, jak stoi – ubrana w umazane farbą dżinsowe ogrodniczki, prosto z organizowanego w parku happeningu organizacji Stop Przemocy. Mimo takiego wyglądu i problemów komunikacyjnych spowodowanych protekcjonalnym tonem biznesmena, udaje jej się zjednać jego sympatię i umówić na kolejne spotkanie. Jak daleko jest w stanie posunąć się Rachel, by poznać sekrety mężczyzny i napisać tekst będący dla niej kluczem do błyskotliwej kariery?

– Ja nie zjednuję sobie sympatii, panno Livingston. Rzekłbym, że ludzie reagują na mnie wyłącznie na cztery sposoby: chcą się do mnie modlić, chcą mną być, chcą się ze mną pieprzyć albo chcą mnie zabić.

„Manwhore” wciąga niczym ruchome piaski

„Manwhore” to pierwsza książka z serii o tym samym tytule. Na całe szczęście dla czytelników. Dlaczego? Otóż historia stworzona przez Katy Evans wciąga niczym ruchome piaski i nie pozwala się z jej szponów uwolnić. Pozornie to opowieść identyczna, jak pozostałe, również bardzo popularne romanse. Ktoś może się ze mną nie zgodzić, ja jednak pozostanę przy stanowisku, że wyłącznie pozorna. Im bardziej poznajemy naszych bohaterów, im więcej się o nich dowiadujemy, tym trudniej jest się od nich oderwać, choćby na chwilę. Pamiętajcie, ostrzegałam Was.

Narracja poprowadzona jest pierwszoosobowo i całą historię poznajemy patrząc oczami Rachel. Brak wprowadzenia perspektywy Malcolma był tu znakomitym rozwiązaniem, gdyż dodało to dodatkową nutkę niepewności, tajemniczości i pikanterii. Jego oczy jednak często zdradzają więcej, niż zapewne chciałby ujawnić. Choć tak naprawdę chyba każdy chciałby poznać wszystkie myśli tego niedostępnego faceta, który wprost opętał nie jedną kobietę w Chicago (i nie tylko).

Katy Evans ma talent do tworzenia ciekawych postaci, których nie da się po prostu nie lubić. Mimo swojej arogancji, Malcolm w bardzo krótkim czasie podbił moje serce swoim zachowaniem. Oczywiście nie jest tak, że postaci są wolne od wad czy irytujących zachowań, które często zdarzają się chociażby Rachel. Jednak całościowo autorce udało się stworzyć coś bardzo ciekawego i zachęcającego do czytania już od pierwszych stron książki.

– Obowiązuje tutaj dress code, Saint musiał w drzwiach zostawić swój ogon i rogi – żartuje Callan, gdy kelner stawia przede mną drinka.

– No tak. – Znacząco pociągam za skraj sukienki. – Ja musiałam zostawić połowę swojej sukienki.

– Czyżby? – pyta Tahoe.

– T.

Jedno słowo, jedna litera. Z ust Malcolma.

– Taaa, Saint? – Tahoe unosi brwi.

– Zaklepuję.

Niemal zachłystuję się drinkiem.

Nie byłbyś święty, nawet gdybyś miał aureolę

„Manwhore” to oczywiście powieść erotyczna, w której każdy fan tego gatunku znajdzie coś dla siebie i będzie usatysfakcjonowany jej lekturą. To historia ze smakiem, bez nadmiernej wulgarności, gdzie sceny erotyczne są dopełnieniem całości a nie wyłączną jej treścią. Nasi bohaterowie do wszystkiego dochodzą powoli, małymi kroczkami, w dość naturalny sposób. Fabuła, mimo, że początkowo może wydawać się niezbyt oryginalna, jest naprawdę dojrzała i dopracowana. Wysmakowane, bogate, ale nie zbyt nużące opisy czy dialogi zarówno bawiące do łez, jak i niejednokrotnie wzruszające czytelnika znakomicie dopełniają całości. Wszystkie wprowadzane wątki mają swój cel. Katy Evans zdecydowanie przemyślała i doskonale zaplanowała całą historię. Szybkie tempo, tajemnice, emocje i niespodziewane zwroty akcji to coś, za co pokochacie tę powieść.

Poznajcie sami Malcolma Sainta, który ze świętością ma wspólne wyłącznie nazwisko, a gwarantuję Wam, że długo, a może nawet nigdy, o nim nie zapomnicie (szczególnie żeńska część naszych czytelników). Zapewne zastanawiacie się o co tyle szumu? Sięgnijcie po książkę i przekonajcie się sami. To jedna z tych historii, dla których warto zarwać noc, by pochłonąć ją, czytając z wypiekami na twarzy. Jedna noc w zupełności wystarczy.

– Szatan z ciebie, wiesz?

Zwalnia i przez jakiś czas jedzie jak normalny człowiek. Patrzy na mnie z ukosa. W jego spojrzeniu widać ciekawość.

– Bardziej szatan niż święty?

– Nie byłbyś święty, nawet gdybyś miał aureolę.

Niestety, autorka zakończyła książkę w bardzo okrutny dla czytelnika sposób a żeby przekonać się, co będzie dalej, musimy czekać do lutego, do premiery „Manwhore +1”. Czas na pewno szybko zleci, a mogę Was już teraz zapewnić, że dalej będzie równie ciekawie, co w pierwszej części i warto poczekać.

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Wydawnictwu Kobiecemu

kobiece