Netfliksowa Ania z Zielonego Wzgórza – feministka z charakterem (rudym)

Dlaczego warto obejrzeć najnowszą, serialową wersję powieści „Ania z Zielonego Wzgórza”? Jeżeli macie dość sztampowych ekranizacji, kropka w kropkę podobnych do książek, na bazie których powstały, ten serial was zaskoczy, pozytywnie.

Imię Anna posiada swoje odpowiedniki w wielu językach. Jednak chyba tylko w naszym, polskim, można je zdrobnić na tyle różnych sposobów. Anka, Andzia, Ania, Anusia, Aneczka… Nie wiem jak wy; ja, wymieniając te zdrobnienia, nie widzę jednej dziewczyny. Widzę ich kilka. Poważną, elegancką Annę, konkretną i bepośrednią Ankę, wesołą, zwariowaną Andzię z tysiącem pomysłów na minutę czy romantyczną Anię o rozmarzonych oczach. I tyle (albo i więcej) wcieleń ma jedna ze sztandarowych bohaterek kobiecej literatury młodzieżowej – Ania z Zielonego Wzgórza. Myślę, że właśnie dlatego historia Ani zachwyciła tysiące czytelników na całym świecie i stała się inspiracją dla wielu ekranizacji filmowych.

„Ania z Zielonego Wzgórza”, Lucy Maud Montgomery

Jako kilkunastoletnia dziewczyna przebrnęłam przez wszystkie siedem tomów cyklu o Ani Shirley, w dodatku wielokrotnie. Nie do końca wiem, czemu wertowałam te same strony tyle razy. Dzisiaj patrzę na powieści Montgomery bardziej krytycznym okiem. Wydają się dość naiwne i, co gorsza, utrwalają stereotypowy (niemal archaiczny w naszych kręgach kulturowych) obraz kobiety, której jedynym celem życiowym jest założenie rodziny. Nawet Ania, wspaniała, złożona postać od samego początku odważnie dążąca do samodzielności i niezależności, koniec końców porzuciła swoje zawodowe aspiracje i została żoną oraz matką gromadki dzieci.

„Ania, nie Anna”, Moira Walley-Beckett

Tymczasem w 2017 r. okazało się, że losy Ani z Avonlea można przedstawić w szokująco nowatorski sposób. Szokująco i zachwycająco. Reżyserka netfliksowego serialu, Kanadyjka Moira Walley-Beckett, przerobiła Anię z przytupem. Ze słodkiej dziewczęcej powieści wyparował niemal cały róż, zostawiając miejsce innym, dużo ciekawszym barwom. Pojawiły się nowe wątki: kryminalny, genderowy; wątek związany z walką z uprzedzeniami rasowymi… W realia powieści z początku XX wieku wpleciono pojęcia, które wówczas stanowiły temat tabu absolutnego. Co więcej zrobiono to na tyle umiejętnie, że całość bynajmniej nie tworzy odpychającej hybrydy współczesnych dylematów socjologiczno-psychologicznych i światopoglądu konserwatywnych do bólu mieszkańców Kanady z przełomu XIX i XX w. Kontrast, owszem, uderza, ale nie odbiera sensu produkcji. Walley-Beckett pozwala sobie na ułańską fantazję tylko do pewnego stopnia. Odkrywa to, co jak najbardziej istniało w czasach Montgomery, niestety zamiecione pod dywan.

Z drugiej strony, żeby nie tracić obiektywizmu i nie popadać w bezkrytyczny zachwyt, trzeba przyznać, że niektóre pomysły mogą budzić zastrzeżenia co do wiarygodności serialu. Na przykład przyjaźń Gilberta z ciemnoskórym Sebastianem Lacroix zwanym Bashem, którego przywiózł do Avonlea ze swojej podróży. Dalekiej i długiej jak na kogoś, kto wychował się w maleńkiej miejscowości pełnej pruderyjnych mieszkańców o, nie ma co się oszukiwać, zaściankowej (choć poczciwej) mentalności. Szalony koncept, chyba już zbyt mocno oderwany od rzeczywistości.

Podobnie nieprawdopodobne wydają się przyjęcia organizowane przez ciotkę Józefinę – krewną Diany Barry. Przyjęcia pełne nietuzinkowych postaci, łącznie z drag queen, w malowniczych strojach, odważnych makijażach, o poglądach wręcz skandalicznych dla tamtych czasów.

Natomiast treści homoseksualne i feministyczne, które sprytnie przemyca Walley-Beckett, zaskakująco dobrze wpasowują się w fabułę. Ciotka Józefina ujawnia swój romantyczny lesbijski związek. Kolega Ani ze szkoły Cole decyduje się na śmiały (chociaż w wąskim gronie przyjaciół) coming out. Nauczyciel, który nie potrafi zaakceptować własnego homoseksualizmu, przeżywa dramat egzystencjalny. Jego narzeczona Prissy Andrews przedkłada edukację nad małżeństwo. Nagle okazuje się, że nie wszyscy mieszkańcy Avonlea (i Charlottetown) są ulepieni z tej samej gliny, kochają na jedną modłę i pragną tego samego od życia.

Kilka scen szczególnie zapadło mi w pamięć. Na przykład nowa nauczycielka Ani panna Stacy pędząca przez Avonlea na motocyklu. Bez gorsetu, za to w spodniach. Albo ucieczka sprzed ołtarza Prissy Andrews i jej pełen radości taniec na śniegu. Coś pięknego. Serial jest pełen takich niespodzianek. Oglądanie go przypomina rozpakowywanie prezentów pod choinką. Nie wiesz, czego się spodziewać, więc z dziecięcą niecierpliwością rozrywasz kolejne opakowanie. I tak odcinek po odcinku.

Inne ekranizacje

Oczywiście zanim Netflix wypuścił tę produkcję, powstało sporo innych ekranizacji „Ani z Zielonego Wzgórza”. Nudnych i na jedno kopyto w porównaniu z dziełem Walley-Beckett. Pierwszą nakręcono podobno już w 1919 r. jako czarno-biały film niemy w reżyserii Williama Desmonda Taylora. Potem pojawiały się kolejne filmy pełnometrażowe, w końcu seriale. Szczególną popularnością cieszyły się produkcje Kevina Sullivana (ze świetnie dobraną aktorką Megan Follows grającą Anię), do których mimo wszystko mam duży sentyment. Jednak nic nie przebije świeżości i oryginalności serialu Walley-Beckett z fantastyczną i pełną wdzięku Amybeth McNulty w roli głównej. Szczerze i gorąco polecam „Anię, nie Annę”.

Źródło zdjęcia głównego: Netflix