Na ratunek kobietom – Lauren Blakely, Pan O

Szukacie czegoś lekkiego, niezobowiązującego, z lekką dawką pieprzyku, co mogłoby towarzyszyć Wam podczas urlopu? „Pan O” jest na to rozwiązaniem.

Nick Hammer, jako nastolatek, był zupełnie innym facetem. Nieśmiałym, wątłym, nie potrafiącym nawiązywać relacji z dziewczynami. Miał jednak wielki atut – był niezwykle utalentowanym rysownikiem. To właśnie dzięki temu talentowi stworzył komiks i kreskówki o przygodach Pana Orgazma, czyli superbohatera pomagającego kobietom osiągnąć spełnienie. Dzięki niemu osiągnął sławę, bogactwo i niezwykłe powodzenie u kobiet. Jego największym atutem, jest umiejętność doprowadzania kobiet na skraj rozkoszy. Któregoś dnia Harper Holiday, siostra jego najlepszego przyjaciela, prosi go o nietypową przysługę. Potrzebuje korepetycji z radzenia sobie z mężczyznami. Nick bardzo chce jej pomóc, jednak szybko orientuje się, że trudno mu znieść myśl o Harper będącej w ramionach innego faceta, sięgając jednocześnie po zakazany owoc. Jak rozwinie się ta nietypowa relacja?

Historia, którą poznajemy, jest chronologiczną kontynuacją tego, co mogliście poznać w „Panu Wyposażonym”. Tym razem jednak zmieniamy głównych bohaterów, choć Charlotte i Spencer pojawiają się kilkukrotnie w tej historii. Tym razem jednak stery przejmuje siostra Spencera, Harper oraz Nick Hammer, czyli jego najlepszy przyjaciel. Całą historię tego skrywanego przed światem nietypowego romansu, poznajemy z perspektywy Nicka.

Przegadany początek

Miałam wrażenie, że początek historii i przejście do właściwego rozpoczęcia się fabuły, był po prostu przegadany. Zdecydowanie dłużyło się jego czytanie. Autorka rozwlekła wprowadzenie aż na pięć rozdziałów, które zajęły ponad pięćdziesiąt stron tekstu. W dalszej części powieści również zdarzyło się kilka niepotrzebnych momentów wyłącznie rozwlekających i spowalniających akcję, powodujących znużenie lekturą książki.

To przegadane wprowadzenie spowodowało, że nie mogłam się wkręcić w tę historię, kilkukrotnie ją odkładając. Na szczęście po tym, gdy w końcu dowiedzieliśmy się do czego zmierza autorka, akcja ruszyła i jej czytanie dało spodziewaną, lekką rozrywkę z dodatkiem pieprzyku.

Ponownie mamy zabieg, który autorka zastosowała już w „Panu Wyposażonym”, czyli złamanie czwartej ściany. Nasz główny bohater, Nick Hammer, bardzo często zwraca się bezpośrednio do swoich czytelników, tłumacząc im coś, zadając pytania lub odpowiadając na pytania, które czytelnikowi mogłyby się nasunąć podczas lektury danego fragmentu. Nie wiem jak Wy, ale ja to wprost uwielbiam.

Możesz mi mówić Pan O. Bo mój szczególny talent to zapewnianie ci rozkoszy. Najważniejsze to umieć sprawić, by z ust kobiety wyrwały się słowa „O Boże, jak dobrze”, a jeśli mężczyzna nie jest w stanie podołać temu zadaniu, to powinien się trzymać z dala od sypialni.

 

Lekko i z pieprzykiem

Co mnie najbardziej zaskoczyło w tej książce? Ilość umieszczonych scen seksu. Jak na taką tematykę powieści to jest ich tu jak na lekarstwo. Jeśli spodziewacie się, że dwie trzecie historii będą stanowić gorące sceny zbliżeń, to bardzo się zdziwicie. Owszem, znajdzie się tutaj miejsce na pożądanie, namiętność, gorące, bezwstydne dialogi. Jednak samych scen erotycznych będzie naprawdę niewiele.

Jeśli lubicie lekkie powieści z pieprzykiem, które nadają się idealnie na letnie wieczory lub urlopowy relaks, to, jak najbardziej, możecie sięgnąć właśnie po „Pana O”, jak i poprzedzającego tę powieść „Pana Wyposażonego”.


Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu