Mniej rzeczywista rzeczywistość zaburzenia osobowości – „Uratuj mnie” Rachel Reiland

Źródło: www.mediarodzina.pl

Choroby, zaburzenia psychiczne, a także obrazy szpitali psychiatrycznych stanowią bezsprzecznie specyficzną i bardzo atrakcyjną kanwę treści literackich oraz filmowych. O ile większym oddziaływaniem cieszą się kreacje psychopatycznych zwyrodnialców oraz wizje nawiedzonych klinik, o tyle bezwzględnie wartościowe są prawdziwe zapisy przeżyć osób, które zmagają się z psychicznymi przypadłościami często bez pożądanej dla widza efektowności.

Niewiele jest książek traktujących o tychże problemach, które nie należą do dziedziny literatury specjalistycznej, a zaliczają się do gatunku opowieści powstałych na bazie wspomnień autorów, czy – uściślając – autorek. Mam wrażenie, że w podejmowanej tematyce przeważają kobiece nazwiska, natomiast tendencja ta wpisuje się w statystyki dotyczące udziału płci, przynajmniej w rozpatrywanym poniżej zaburzeniu borderline.

Do najbardziej znanych lektur zaliczyłabym „Przerwaną lekcję muzyki” Susanny Kaysen, „Krainę prozaca” Elizabeth Wurtzel oraz „Uratuj mnie” Rachel Reiland. Dwa pierwsze tytuły – które zresztą doczekały się ekranizacji – zdecydowanie odebrałam, wręcz odczułam jako autentyczne w swych treściach. Susanna Kaysen w wymienionej powieści opisała własną walkę ze stwierdzonym zaburzeniem psychicznym, tak zwaną osobowością z pogranicza, ang. borderline. Ewentualnych zarzutów o względnie płaskie i błahe ukazanie diagnozy broni fakt, iż pisarka popełniła także mniej głośną, aczkolwiek w mojej opinii znacznie bardziej przejmującą pracę: „Aparat, który dała mi matka”. „Aparat […]” w pierwotnym odbiorze traktuje o kobiecej seksualności. W szerszej perspektywie, gdy czytelnikowi znana jest istota pierwszej pozycji, stanowi dowód zmagań dojrzałej kobiety, która mimo podjętego w przeszłości leczenia w dalszym ciągu boryka się z konsekwencjami zwichniętej psychiki. Nazywając wprost: niestety, pisarka nie pokonała pogranicznego zaburzenia osobowości, które wciąż przejawiało się w jej codziennym życiu paraliżując niektóre jego aspekty. Elizabeth Wurtzel spisała doświadczenie choroby afektywnej dwubiegunowej, której zwalczanie w głównej mierze polegało na stabilizowaniu lekami.

Ważne jest podkreślenie, że omawiane przypadłości stanowią całkowicie odrębne jednostki chorobowe. Pomijając etiologię i nieco upraszczając: zaburzenia podlegają działaniom psychoterapeutycznym i pracy nad zmianą patologicznych zachowań, zaś wobec choroby stosuje się farmakoterapię, która skutecznie potrafi wprowadzić stan remisji.

„Uratuj mnie” polecano mi kilkukrotnie, jednak dopiero gdy książka przysłana przez koleżankę trafiła fizycznie na moją półkę, zdecydowałam się faktycznie po nią sięgnąć. Leitmotivem opowieści Rachel Reiland, podobnie jak powyższych, jest autobiograficzna historia o leczeniu – analogicznie jak u Kaysen – borderline. Niestety, po przeczytaniu nie jestem w stanie docenić tejże opowieści. Owszem, przykłady wstrząsających przypadków są jak najbardziej wiarygodne, automatycznie uruchamiają empatię i współodczuwanie, a czytelnik szybko angażuje się w intensywne losy bohaterki. Powinno to niepodważalnie przemawiać na korzyść, jednak nie poczułam się przekonana. Zastanawiałam się, co wpłynęło na mój zawód, aż w końcu rozumiałam. Istota problemu leży w fakcie, że mimo piorunujących wydarzeń, które były udziałem autorki, po wielorakich opisach trudnych sytuacji, czytelnik niespodziewanie wypada z wirującej karuzeli i oto widzi, że Reiland tak po prostu, nagle, mimochodem wyzdrowiała. Opisując w celowym skrócie biograficzny, niemały wycinek życia przychodzi na myśl rozczarowujące podsumowanie procesu terapeutycznego: patrzymy na buntującą się wobec terapeuty pacjentkę, niejako uczestniczymy w spotkaniach z doktorem Padgettem, po czym w niesamowitej akceleracji otrzymujemy banalnie stabilną, szczęśliwą kobietę. Czy nie o to w psychoterapii chodzi? Oczywiście, o to. Jednak zbawczy proces terapeutyczny, który po zaledwie 4. latach od rozpoczęcia serwuje już nie pacjenta, a człowieka w świetnej, wręcz katalogowej kondycji przykładnie zdrowego i szczęśliwego, wzbudza pewną dozę wątpliwości, a przynajmniej niezrozumienia.

W opozycji do kultowego, autobiograficznego zapisu Kaysen i celowo wspomnianego „Aparatu […]”, jako nieco wątpliwe poczytuję świadectwo Reiland. Daleka jestem od nihilizmu, nie ma we mnie zamiłowania do defetyzmu. Nie triumfuję, przyglądając się upadkom postaci fikcyjnych czy realnych, jednak sugestywność opisów to za mało do uznania wartościowości książki, w której wyczuwam osobliwą sztuczność i naciągany obraz doskonałej rewitalizacji. Również autorskie podkreślenia wyjątkowości osoby Rachel, które immanentnie dotrzymują kroku treściom, stanowią pewną nieznośną, mogłoby wydawać się: infantylną mantrę.

Czy rekomendowałabym lekturę czytelnikom? – by być sprawiedliwą, nie mogę odpowiedzieć jednoznacznie. Myślę, że osoby dalekie od praktycznej znajomości tematu mogłyby poczuć się przytłoczone, niemniej tym, którzy borykają się autopsyjnie z zaburzeniem borderline, bądź ich bliskim, rzeczywiście, poleciłabym tę książkę. Ze względu na ograniczoność prac traktujących o tymże problemie każda pozycja może wzbogacić o cokolwiek interesującego i istotnego, czego zainteresowanym szczerze życzę.


Źródło tła głównego: www.mediarodzina.pl