„Małe ogniska” Celeste Ng

Moja dzisiejsza recenzja dotyczy książki, która była dla mnie zaskoczeniem pod wieloma względami. Niesie za sobą wiele niespodziewanych zwrotów akcji i od początku podąża w wielu kierunkach. Przedstawiam Wam „Małe ogniska” Celeste Ng.

W zasadzie przez pierwszych kilkanaście stron myślałam, że powieść będzie dotyczyła porównania między dwoma odmiennymi stylami życia. Są ci, którzy mają wszystko, a ich życie jest dopracowane do perfekcji. Są i ci, którzy mają niewiele, a ostatnie, co można powiedzieć o ich życiu to to, że jest stabilne. Miałam wrażenie, że obie strony są przerysowane. Że powstaje swego rodzaju karykatura, ale się myliłam. Im dalej zagłębiamy się w lekturę, tym więcej dodatkowych kwestii wysuwa się na pierwszy plan. Efekt? Nie oderwiecie się od tego tytułu i niecierpliwie będziecie wyglądać rozwiązania kolejnych tajemnic.

W perfekcyjnym miasteczku perfekcyjni ludzie

Mamy bardzo nietypowe miasteczko. Wszystko w nim jest poukładane i zorganizowane. W Shaker Heights wszystko ma swoje miejsce: układ ulic, kolor domów, profil mieszkańców. Richardsonowie są rodziną, która świetnie się w tym odnajduje. Zwłaszcza Elena Richardson, matka trójki nastoletnich dzieci, uważająca, że zasady i ich przestrzeganie jest najważniejsze. Rodzina posiada dodatkowy domek, który Elena wynajmuje za niewielką opłatą. Kiedy wprowadza się tam Mia Warren z córką, ład zostaje zachwiany.

Mia jest artystką, która samotnie wychowuje nastoletnią córkę. Nigdzie nie mieszka zbyt długo, nie podejmuje stałej pracy. Przyjmuje zlecenie, robi zdjęcia, jedzie dalej. Właśnie dlatego jej córka, Pearl, ma problem ze znalezieniem przyjaciół. Kiedy docierają do Shaker Heights, Mia obiecuje, że to ostatnia przeprowadzka. Czy będzie tak w istocie? Jak będą wyglądały relacje, kiedy każdego kolejnego dnia Pearl zacznie wkraczać w życie Richardsonów coraz głębiej, a sekrety, które powinny pozostać nimi na zawsze, zaczną wychodzić na światło dzienne?

Wielowątkowość

Jak wspomniałam na wstępie, „Małe ogniska” to książka, która stanowiła dla mnie totalne zaskoczenie. Porusza wiele głębszych tematów. W tym pokazuje różne oblicza macierzyństwa, pierwsze nastoletnie miłości, próby wkraczania w dorosłość i podejmowanie decyzji. Aby jeszcze bardziej Was zaintrygować, przytoczę krótki cytat z pierwszych stron tej powieści.

„Pewniej majowej soboty, tuż po południu, zakupowicze pchający swe wózki w supermarkecie Heinen’s usłyszeli, jak wozy strażackie zaczynają zawodzić, a następnie pędzą w kierunku sadzawki dla kaczek. Kwadrans po dwunastej wzdłuż Parkland Drive parkowały już cztery, tworząc dość chaotyczną czerwoną linię, a każda z sześciu sypialni domu Richardsonów stała w płomieniach. Wszyscy w promieniu pół mili mogli zobaczyć dym unoszący się nad drzewami niczym gęsta, czarna chmura burzowa. Później ludzie powiedzą, że sygnały ostrzegawcze dawało się dostrzec wcześniej, że Izzy była małą świruską, że z Richardsonami zawsze było coś nie tak, że tamtego ranka, gdy tylko usłyszeli syreny, wiedzieli, że stało się coś strasznego. Do tego czasu oczywiście Izzy zdążyła już dawno zniknąć, nie pozostawiając za sobą nikogo, kto by jej bronił, a ludzie mogli mówić co im się żywnie podobało, i tak też robili”.


Za książkę do recenzji dziękujemy: