Kiedy kobiety walczą o własne prawa… – „Złota godzina” Sary Donati

zlota-godzina-72dpiChociaż książkę „Złota godzina” Sary Donati przeczytałam kilka dni temu, długo trwało zanim zebrałam razem wszystkie przemyślenia na jej temat tak, aby recenzja dotyczyła książki, a nie obecnej sytuacji politycznej w naszym kraju. Dlaczego? Jej główne bohaterki żyją w okresie, kiedy za broszury o antykoncepcji lekarzom groził sąd, kiedy nielegalne aborcje były plagą, a sierocińce przepełnione. Kiedy kobiety nie miały swoich praw, a ich organizmy można przyrównać jedynie do inkubatorów dla nowego życia…

Witajcie w XIX-wiecznym Nowym Jorku (na pewno?…), gdzie mieszkają dwie niezwykłe kobiety. Anna Savard i Sophie Savard, to spokrewnione ze sobą lekarki. Anna jest znakomitym chirurgiem, Sophie jest lekarką, która opiekuje się kobietami m.in. w trakcie ciąży i porodu. Obie piętnowane przez to, że są jednymi z nielicznych kobiet lekarzy. Sophie ma tym trudniej, że jest mulatką, a kolorowe kobiety budzą więcej wątpliwości. Obie panny Savard są zagorzałymi zwolenniczkami antykoncepcji, obie mają do czynienia z kobietami, które umierają przy kolejnych porodach, które mają zakażenia po źle wykonanych aborcjach, które nie są wstanie zajmować się kolejnym dzieckiem lub go nie chcą.

Kim są główne bohaterki?

Kiedy poznajemy Annę, idzie pomóc przy grupie włoskich sierot, które dotarły do miasta po tym jak epidemia zabiła ich rodziców. Nie podejrzewa nawet, że ten dzień, zaledwie kilka godzin, jest początkiem niezwykłej i trudnej zarazem podróży, w której zobaczy zupełnie inne oblicze swojego miasta. Wraz z sierżantem Jackiem Mezzanotte przeszukuje sierocińce, przytułki i ochronki w poszukiwaniu dwójki zaginionych włoskich chłopców. Ogrom cierpienia dzieci jest olbrzymi. Anna z Jackiem wchodzą do sal, gdzie leży po kilkaset niemowląt, gdzie w każdym łóżeczku na siłę wciśnięto dwoje maluchów, gdzie panuje cisza jak makiem zasiał, a dzieci nawet nie płaczą, jakby przeczuwając, że nikt do nich nie podejdzie, gdzie śmierć sieje spustoszenie każdego dnia…

„-Maltuzjaniści twierdzą, że przeludnienie spowoduje katastrofę ekonomiczną i przyniesie koniec cywilizacji. Winą za nie – a w zasadzie za wszystko – obarczają ubogich imigrantów. To ksenofobia w przebraniu teorii ekonomii.

– A więc stoisz po stronie Kościoła katolickiego? Im więcej dzieci, tym lepiej.

Nie mogła opanować zdumienia.

– Stoję po stronie kobiet – odparła zdecydowanie. – Czyli osób, które rodzą i wychowują dzieci. Istot ludzkich w których maltuzjaniści i księża widzą jedynie bezmózgi inwentarz rozpłodowy.”

Sophie pierwszy raz pojawia się w książce, kiedy idzie odebrać czwarty poród Janine Campbell. Kobieta jest zrozpaczona, nie chce dziecka, a wie, że mąż będzie na niej wymuszał na niej kolejne ciąże. Potajemnie Sophie wysyła młodej matce ulotkę poświęconą antykoncepcji, ryzykując, że sprowadzi na siebie kłopoty, które zdają się ciągle wisieć w powietrzu.

Bezradność…

W trakcie czytania poznajemy historie rodzinne, dylematy życiowe i miłosne obu lekarek. Chociaż ich życie teoretycznie jest na pierwszym planie, odnosi się wrażenie, że są one tylko przekaźnikiem historii, bólu, stagnacji i cierpienia tysięcy kobiet – niewolnic „wzniosłych” dogmatów. Im bardziej zanurzymy się w lekturze, tym silniejsze emocje nami targają. Wzburzenie, współczucie, niechęć. Bezradność jest wręcz namacalna. Kobiety są nie tylko traktowane jako osobniki gorszego gatunku, ale za próbę utrzymania wolności i decydowania o swoim losie są szykanowane i piętnowane. Co rusz widać dyskryminację, naciski i niechęć wobec tych, które chcą wyjść poza ramy. Z jednej strony obserwujemy cierpienie zastraszonych kobiet i dzieci, które już są na świecie pozostawione same sobie na ulicy lub w przytułku, z drugiej zagorzałych zwolenników podporządkowaniu się prawom natury i kościoła.

„-Nie rozumiem tego. Nie do pojęcia, że takie rzeczy naprawdę mogą się dziać. Gdzieś w pobliżu grasuje lekarz albo położna – nawet nie wiem, jak nazwać taką osobę – która zabija kobiety, bo nie chcą mieć dzieci.

-Bo nie chcą mieć więcej dzieci – powiedział Jack.- Wszystkie ofiary były matkami.

-Jeszcze gorzej. Kobieta, która odmawia rodzenia, nie ma prawa do życia – powiedziała łamiącym się głosem.”

Wiek XIX czy współczesność?

Właśnie przez silne wzburzenia i głosy protestu, które się we mnie odzywały, tak trudno było mi przysiąść do pisania recenzji bez emocji. Były one tym silniejsze, że w trakcie czytania miałam wrażenie, że  wcale nie jestem w roku 1883 w Nowym Jorku… Miałam wrażenie, że zaczynam widzieć walkę Polek o prawo do decydowania o sobie. Choć sytuacja nie wygląda aż tak dramatycznie (jeszcze), dyskusje przedstawione w książce wcale daleko nie odbiegają. Niezależnie od tego, czy jesteście zwolennikami nowych przepisów, czy radykalnie je odrzucacie, uważam, że „Złota godzina” to książka, którą każda kobieta powinna przeczytać i zdawać sobie sprawę z konsekwencji ślepej wiary w „jedyne słuszne dobro”.

Jest to tytuł wyjątkowy pod wieloma względami. Sięgając po niego nie spodziewałam się, że aż tak będzie mnie poruszał. W powieści pojawia się wiele wątków prywatnych dotyczących obu lekarek, ale ważniejsze jest tło. Widać wyraźnie podejście do kobiet, imigrantów, odmienności w kulturze i kolorze skóry. Co rusz pojawiają się kwestie wymagające głębszego przemyślenia. Teoretycznie jest to książka, której akcja rozgrywa się w wieku XIX, ale tło jest tak zbliżone do bieżących wydarzeń, że jest ona bardziej aktualna niż kiedykolwiek indziej…


Za egzemplarz do recenzji dziękujemy

kobiece

złota godzina sara donati