Halina Kowalczuk, Dom na wrzosowej polanie

Przepiękne Podhale, nagłe życiowe zmiany, tajemnicze zdarzenia i mnóstwo humoru. To wszystko znajdziecie w „Domu na wrzosowej polanie” Haliny Kowalczuk.

Alina Sandor jest profesorem archeologii na warszawskiej uczelni. Spełnia się zawodowo, realizuje swoje cele, odkrywa niesamowitą przeszłość ukrytą głęboko pod ziemią, a wszystko to w towarzystwie kochającego męża, również profesora archeologii. Można chcieć więcej? Okazuje się, że jej życie to tylko pozory. Mąż ma na uczelni kochankę, o której wiedzieli wszyscy, tylko nie ona, na dodatek gdzieś w Polsce ma jeszcze narzeczoną, z którą jest zaręczony. Pech chce, że młoda kochanka jest córką znanego ministra, który pomaga pozbyć się zakochany problemu. Alina niespodziewanie otrzymuje przeniesienie do Krakowa. W urokliwej miejscowości u podnóża Tatr ma poprowadzić wykopaliska związane z przeszłością regionu. Niespodziewanie staje się to początkiem nowego życiowego rozdziału, w którym nie zabraknie porywających historii z przeszłości oraz ciekawych legend. Na jej drodze stanie również tajemniczy mężczyzna, który wiele zmieni w jej życiu. Skrywa on jednak pewną tajemnicę, która może zaważyć na ich wspólnej przeszłości. Czy kolejny mężczyzna ją zdradzi i okłamie? Czy grozi jej niebezpieczeństwo? I co wspólnego z tym wszystkim mają lokalne legendy?

Halina Kowalczuk pokazuje, że życiowe katastrofy wcale nie muszą być końcem świata, a mogą być dopiero początkiem nowego rozdziału życiowej historii, która będzie lepsza niż to, z czym mieliśmy do czynienia dotychczas. „Dom na wrzosowej polanie” to pozytywna powieść, wzbogacona o ciekawe, rozbudowujące historię wątki, która może zainteresować każdego czytelnika, bez względu na jego wiek.

Jeśli szukacie lekkiej lektury, w której, oprócz nieco poważnych tematów, znajdziecie mnóstwo dobrego humoru, to „Dom na wrzosowej polanie” będzie idealnym wyborem. Zapewnią to Wam lokalni mieszkańcy (głównie ta żeńska, starsza część) Bystrego Potoku. Wszak to malutkie miasteczko, w którym wszyscy się znają, a w którym rządzi proboszcz i jego „miejscowy monitoring” w postaci grupy tutejszych emerytek, przesiadujących w centrum miasteczka. Wiedzą o wszystkich wszystko, nawet to, czego sami główni zainteresowani nie wiedzą sami o sobie.

Oprócz dobrego humoru i ciekawej historii Podhala, znajdziecie tu sporą dawkę mistycyzmu. Autorka wplotła w swoją historię nie tylko lokalne legendy związane z górami, ale również ciekawe wątki, które można by zakwalifikować, jako paranormalne. Momentami miałam gęsią skórkę na rękach podczas lektury niektórych fragmentów tekstu. Te wszystkie zabiegi dodają historii kolorów, podkręcając tempo akcji i zachęcając czytelnika do dalszej lektury.

Ale paranoja: żona podwozi narzeczoną męża, kiedy ten zabawia się z kochanką. Hahaha – zaśmiała się, ale gorycz, która w tym śmiechu rozbrzmiewała, była bardzo wyrazista, tak samo jak łzy, które znowu wypełniły jej oczy.

 

Halina Kowalczuk zafundowała czytelnikom całą plejadę barwnych bohaterów. Nie są to płaskie postacie, mają swoje wady i zalety, można więc znaleźć w nich coś co polubicie, ale i cechy, które będą wywoływały w Was niechęć lub niesmak. Szczególnie para głównych bohaterów. Nie zabrakło tu również interesujących postaci drugoplanowych i epizodycznych, dodających całej historii smaczku, w tym także czarnych charakterów, do których możemy zaliczyć kochliwego męża Aliny oraz dość specyficzną panią wójt Bystrego Potoku. Koniecznie musicie ich poznać.

Kulturantki objęły powieść „Dom na wrzosowej polanie” patronatem medialnym, w związku z czym, już jutro, będziecie mogli spróbować swoich sił w konkursie, w którym do wygrania będą egzemplarze powieści.


Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu