Francis Duncan „Morderstwo ma motyw”

Uwielbiam klasyczne kryminały. Takie, w których nie ma jeszcze nowoczesnych technologii, a detektywi muszą polegać na swojej intuicji i obserwacjach. Jedną z pisarek, które odkryłam w ostatnim roku, jest Francis Duncan, a ostatnio przeczytałam drugą książkę jej autorstwa – „Morderstwo ma motyw”.

Podobnie jak w książce „Zagadka w bieli” czytelnik jest zapraszany na angielską prowincję, gdzie na pierwszy rzut oka panuje spokój i sielska atmosfera. Ponownie też spotykamy detektywa amatora, który już kilkukrotnie wykazał się niesamowitym zmysłem. Czy Mordecai Tremaine poradzi sobie i tym razem?

Przedstawienie o morderstwie

Dalmering to spokojna miejscowość. Mordecai jedzie pociągiem w odwiedziny do starych znajomych. Jednak kiedy dojeżdża na miejsce, okazuje się, że noc wcześniej doszło do morderstwa. Dalmering nikomu nie kojarzy się z tym, by mogły się dziać jakieś złe rzeczy. Ofiara, Lidia Dare, nie miała żadnych wrogów, a mimo to ktoś zadał jej śmiertelne ciosy.

Mało tego, w tym samym czasie, część mieszkańców przygotowuje się do wystawienia sztuki charytatywnej. Jest to tym bardziej zastanawiające, że kiedy policjanci próbują znaleźć motyw zabójstwa i dowody, wszyscy ewentualni podejrzani wystawiają sztukę zatytułowaną „Morderstwo ma motyw”. Pomimo tego, że miało to być przedstawienie, ma zadziwiająco dużo wspólnego z zaistniałą sytuacją.

Mistrzowskie intrygi

Francis Duncan po raz kolejny wplątuje nas w ciekawą akcję, w której nic nie jest jasne. Pojawia się wielu barwnych i totalnie różnych bohaterów, których zdaje się łączy jedynie miejsce zamieszkania.  Szybko okazuje się, że nie wszyscy od początku są całkowicie szczerzy. Mało tego, każdy ma jakieś tajemnice, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Policja szybko typuje głównego podejrzanego, ale czy rozwiązanie może być tak proste? Jeśli lubicie Herculesa Poirot, czy Scherlocka Holmesa, zapewniam, że Mordecai Tremaine też przypadnie wam do gustu, dlatego koniecznie sięgnijcie po kryminały z jego udziałem.

„Źródłem tych emocji było jedno groźne słowo: morderstwo. Wszyscy ci ludzie znali Lidię Dare. Ich życie było w mniejszym lub większym stopniu powiązane z jej życiem. W sytuacji, gdy Lidia nie żyła, a morderca chodził po świecie i być może był pośród nich, w kontaktach między sąsiadami zaczęła dominować nieufność. Winni czy niewinni, świadomie czy podświadomie pilnowali się i czyhali na jakieś przypadkowe słowo, które mogłoby zdradzić ponurą prawdę, wyczytywali inkryminujące podteksty ze sformułowań, na które w zwyczajnych okolicznościach nie zwróciliby uwagi”.


Za książkę do recenzji dziękujemy: