Dzienniki z lat wojny 1939 – 1945 – Astrid Lindgren

5df29f338fBędąc dzieckiem dużo czytałam. Dostawałam nawet nagrody za ilość przeczytanych książek. Spośród książek „Dzieci z Bullerbyn” utkwiły mi w pamięci na długie lata. Kiedy trafiły do mnie „Dzienniki z lat wojny 1939 – 1945” Astrid Lindgren byłam bardzo ciekawa samej autorki. Czytając książkę odczułam zderzenie dwóch światów, beztroskiego dzieciństwa i tego wrogiego i niebezpiecznego.

„Dziennik wojny” powstał żeby niezrozumiały konflikt i wszystkie jego konsekwencje sobie wyjaśnić, a przynajmniej spróbować objąć rozumem. Był odpowiedzią pisarki na szok i przerażenie. W ten sposób autorka wyrzucała z siebie cały niepokój. Była to dla niej forma terapii, dzięki której my czytając książkę, możemy odczuć niemalże na własnej skórze emocje, które wtedy towarzyszyły światu.

Autorka do końca wierzyła, że wojna nie wybuchnie. Dzień przed wybuchem II wojny światowej jeszcze zaklinała z przyjaciółkami rzeczywistość. Niestety myliły się. Już następnego dnia świat obiegła tragiczna informacja. Trzy dni później napisała:

Świeci słońce, jest ciepło i pięknie. Ziemia mogłaby być rozkosznym miejscem do życia

Jej terapią było pisania. Zobowiązała się przed sobą:

nie zamykać oczu, nastawiać uszu. Pisać.

Kiedy zaczęła się wojna nie miała skończonych trzydziestu dwóch lat. Pracowała w kancelarii adwokackiej i była matką dwójki dzieci. Swojego ukochanego syna Larsa urodziła mając siedemnaście lat. W związku z tym, że jej ciąża w małym miasteczku mogłaby wywołać burzę, oddała chłopca do rodziny zastępczej. Na jakiś czas. Później, kiedy byli już razem, miała świadomość, że stracony czas nigdy nie wróci. Zamieszkał z mamą na stałe, kiedy skończył czternaście lat. Starała się nadrobić czas rozłąki, ale nie było to łatwe.

Szwecja w czasie wojny przechyla swoją szalę w stronę Niemiec. Ona wczytuje się w każdy tekst o wojnie. Analizuje i rozmyśla. Studiuje mapy. Przebieg najważniejszych bitew śledzi z zapartym tchem.

Od pierwszych stron dziennika jej wyrzuty sumienia przeplatają się z zachwytem nad ocaloną normalnością. Wstyd z powodu uporczywego trwania w pozornej neutralności miesza się z poczuciem ulgi. Czytając dziennik wyczuwalne jest to jak bardzo autorka chwiała się między nadzieją a obawą, której nie potrafiła się pozbyć.

Szczerze przyznam, że tak trudnego czasu nie wyobrażam sobie i obyśmy nie musieli nigdy przez to przechodzić. Aczkolwiek człowiek ma dość pokrętną naturę i obawa zawsze będzie. Autorka często wpada w zachwyt nad tym, co w świecie dobre i piękne. Ukojenie dawała jej przyroda, natomiast dzieci – radość i dumę. Była zachwycona, kiedy zauważała jak stają się odrębnymi bytami. Mimo tego patrzy szerzej dostrzega niesprawiedliwość i rozpacz. Rozłąka z synem pozostawiła w niej traumę, którą trudno było zatrzeć. Jednak starała się z całego serca. Książka uczy, uświadamia i mimo wszystko pokrzepia. Bo świadomość istnienia pięknych umysłów daje nadzieję.

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy

wydNK