Dotykając szarości, czyli rzecz o Marku Hłasce

Socrealizm polski scharakteryzować można poprzez dwojakie nurty: prawomyślny oraz opozycyjny wobec wszelkich, odgórnych słuszności. Idealnym przykładem człowieka żyjącego oraz tworzącego pod prąd, świetnie oddającego szarość rzeczywistości socjalistycznej jest Marek Hłasko. 

Źródło: https://www.polityka.pl/

Szeroko pojęta kultura – na którekolwiek odgałęzienia nie spojrzelibyśmy — rozwija się na bazie przeszłości. Nawet każde zaprzeczenie, które samo w sobie upraszczając uznamy za „akt negatywny” nie może istnieć bez „aktu pozytywnego”. By opowiadać się przeciw i buntować się, musimy najpierw podjąć i zbadać „zjawisko”, które zamierzamy niszczyć. Chęć odejścia od zmurszałej historii ma w sobie więc pierwiastek – punkt wyjścia – przyjęcia (dopiero dalej, w efekcie: brak zgody i potrzebę podważenia). Nigdy nie rozumiałam pastiszowego zjawiska wskrzeszania kultowego dla zachodniej kultury Jamesa Deana i usilnego doszukiwania się cech wspólnych, czy – o zgrozo! – tytułowania odpowiednikiem rodzimych mistrzów. Nie powinniśmy mieć kompleksów. Powinniśmy z większą uwagą przyjrzeć się artystom i dorobkom, które zbyt często oraz łatwo wymieniamy na bardziej modne, chwytliwe, „nie nasze”, bowiem my mamy naszą markę, w zasadzie Marka. Marka Hłasko.

W częściowym odwrocie od Zachodu, odkąd pamiętam, szczególnie lubiłam architekturę socrealistyczną. Ciężkie bryły kiepsko udające pseudoklasycystyczne monumenty i – w moim pierwotnym odbiorze – sztuczne, wymuszone zdobienia. Specyficzny urok. Mam wrażenie, że mało co tak bardzo nie pasuje, a jednocześnie stanowi idealny komponent wielu miast. Budynki, które nie zdobią, a mimo to wzorowo ukazują pewną wielkość, czy raczej usilne dążenie do niej, nawet jeśli skutek jest przerysowany. Utrzymana retoryka „nowości”, która nie mając na siebie dostatecznego pomysłu skończyła się na wtórności.

Przybliżając betonowe posągowości ciężko mi było zrozumieć dychotomię idei socrealizmu, ponieważ znajoma literatura postulowała zgoła inny obraz – zgrzebny, łatwo przyswajalny bez konieczności specjalnej, umysłowej obróbki. Gdy poznałam „Matkę” Maksyma Gorkiego, opowieść na wskroś, do szpiku wypełnioną duchem proletariackiej prawomyślności, ogromnie – i autentycznie! – spodobała mi się banalność oraz prostota języka. Przypomniałam sobie wówczas Marka Hłasko.

Kiedyś marzyłam, by będąc przypadkiem, przelotem w Warszawie móc przybyć na Marymont z którąś z książek Hłaski, bodaj najsławniejszego tyle literaturą, co chuligańskim życiem syna tegoż rejonu oraz odbyć podróż jego śladami. Przewrotność życia – pomimo banalności stwierdzenia – sprawiła, że dziś mieszkam w stolicy, Marymont chłonę regularnie a autobus spod osiedla do miejskiego serca pisarza wiedzie na wskroś socrealistycznym centrum stołecznym.

Okres pisarstwa autora „Sonaty marymonckiej” przypadł na lata wspomnianego reżimu, który propagandowymi mackami bezlitośnie wzierał – bo wzierać musiał – w każdy przejaw sztuki. O ile wielu twórców popełniających formy literackie o Stalinie czy traktorach (wyłącznie poprzez pryzmat zachwytu i tym podobnych, pożądanych emocji) w czasie odwilży poststalinowskiej kajało się w samokrytyce, o tyle wolny od bicia się w pierś pozostał „piękny dwudziestoletni”, któremu nie w smak było płynięcie z fałszywym nurtem upolitycznionej sztuki. Znaczące to o tyle, choć jego twórczość nie nosiła znamion wypaczenia agitacyjnego, robotnicza przyziemność, tak bliska duszy, wyzierała z każdego utworu. Niepodatny i wewnętrznie wolny wobec partyjnych zakusów pozostał młody Hłasko. Wspomniana wolność autora wpisywała się w sztuczny, euforycznie proletariacki świat faktem, że serwowana wizja była doszczętną fuzję zindoktrynowanej ówczesności literata z przeżyciami stworzonych bohaterów.

Jaka była owa rzeczywistość i którymi przeżyciami naznaczone były postacie? – pytania stanowią sedno charakteru kreacji Hłaski: jego osoby oraz dorobku. Współczesne pisarzowi negatywne komentarze sięgały nagminnie po argument ziejącego, wszechobecnego fatalizmu, szarości (jeśli nie czerni) i beznadziejności. Powojenna rzeczywistość socjalistyczna permanentnie plądrowała umysły. Co wrażliwsze i niechętne wobec ubezwłasnomyślenia jednostki stawały się z czasem przepalone rozczarowaniem oraz ohydą bijącą zewsząd, a w takich warunkach niezwykle trudno było utrzymać zapał. Rozczarowanie stało się bazą bytu i pisarstwa, pryzmatem młodej osoby próbującej odnaleźć siebie przy jednoczesnym kwestionowaniu zastanego porządku – lub raczej – bałaganu. Hłasko stał się głosem pokolenia, rzecznikiem głośno mówiącym o brzydocie i spowijającej, duszącej szarości, w dodatku czyniąc to prosto, dosadnie i nierzadko wulgarnie. Jak w soczewce skupiał w swoich dziełach niepewnego ducha dojrzewających ludzi: zmuszał swoich literackich bohaterów do wyrażania się językiem potocznym, pozbawionym ozdobników i wielkich fraz, wyrażania – bez emfazy oraz pięknych słów – obaw, ale też zapatrywań na lepszą, perspektywiczną przyszłość. Po latach, przybywając na emigracji sam przyznał:

Największym nieszczęściem totalitaryzmu jest to, że zabija wyobraźnię.

Źródło: http://moja-pasieka.blogspot.com

 

Nie był człowiekiem ani twórcą statycznym. Początkowo można by mówić o dynamizmie w jego życiu spowodowanym doświadczeniem wojennym, licznymi przeprowadzkami, czy choćby zmianami szkół (dotknięcie niepewnością i brakiem stabilizacji musiały w końcu ujawnić się niespokojnym duchem oraz napędzającą potrzebą zmian), ostatecznie należałoby zaś powiedzieć o zagubieniu, niemożności utrzymywania długofalowo każdego status quo. Przejawiało się to porzucaniem wykonywanych prac zawodowych, miast zamieszkania, głównie jednak – co jak mantra pojawiało się nagminnie – bliskości i miłości. Owymi pustkami obdarowywał również autor swoje literackie postacie, które immanentnie szukając uczuć wyższych musiały je w końcowym rozrachunku tracić. Zagubienie i ciągłe popadanie w chwilowe – w istocie płytkie, w naiwnym założeniu dogłębne – relacje z kobietami w przesyconym katastrofizmem umyśle budowało zatem pokłosie ciężkiego losu.

Hłasko otoczenie postrzegał jako brudne i znużone marazmem, skażone zakłamaniem oraz partykularnymi interesami, stąd jego opowiadania nie mogły traktować o innej rzeczywistości. Nagość, naturalizm opisów z konieczności, ale i nieraz z przekonania stanowiły błędne interpretacje oraz preteksty do formułowanych o deprawację młodzieży zarzutów. Kreowany świat nie mógł być inny, skoro podrygi wiary de facto prostolinijnego chłopaka chowającego się za fasadą butności i prowokacji brutalnie roztrzaskały się o barykadę zawodu. Znamienny jest fakt, że mimo przypisanych  odgórnie porażek (które nie zastawały biernego buntownika, przeciwnie, które sam inicjował), nieprzerwanie sprzeciwiał się i miotał w obawie przed uładzeniem. Pacyfikacja musiała być przezeń poczytywana jako ewidentne zniewolenie, przed którym niewyczerpywalnie uciekał.

W powszechnej pamięci Hłasko najczęściej niesprawiedliwie i na wyrost funkcjonuje jako alkoholik, jednakże nie jest to jednowymiarowa prawda. Owszem, wykazywał skłonność do alkoholu, ale miał także niezaprzeczalną skłonność do prowokowania i epatowania buntem. Według Leopolda Tyrmanda twórca miał… zbyt słabą głowę, by móc pretendować do miana człowieka uzależnionego, co nie stoi w sprzeczności z tezą, iż nie sprzeciwiał się za takowego uchodzić. Sądzę, że „rola” alkoholika automatycznie i niezmiennie w społecznej świadomości obniża próg oczekiwań wobec danej jednostki.

W potrzebie nieustannego ruchu, palącej wręcz konieczności doświadczenia innej, „wolnej” przestrzeni udało się w końcu wyjechać pisarzowi za granicę, lecz wskutek – między innymi – wywiadów piętnujących polski ustrój i skutecznych poszukiwań wydawnictw zainteresowanych publikacją tekstów (z rozpowszechnieniem których miał problem w Ojczyźnie), na nowo rozgorzała dyskusja o krnąbrnym, niewygodnym literacie. W wyniku perturbacji, utrudnień w powrocie na rodzimą ziemię, Hłasko do kraju nie wrócił już nigdy.

Żaden człowiek nie jest wyspą samą dla siebie, a stanowi tylko część kontynentu.

 

Mam wrażenie, że Hłasko, wbrew własnym słowom, nie stanowił części żadnego, ani niczyjego kontynentu. Po śmierci serdecznego przyjaciela – notabene wskutek nieszczęśliwego wypadku, który sam nieumyślnie spowodował – Krzysztofa Komedy, w poczuciu doszczętnego osamotnienia zginął na obczyźnie – najpewniej – śmiercią samobójczą.

Na powązkowskim nagrobku, po sprowadzeniu prochów, zgodnie z wolą matki wykłuto: „Żył krótko/ A wszyscy byli odwróceni”.

Nie wszyscy byli odwróceni, jednak zbyt wielu nie ułatwiało mu ani twórczości, ani życia skazując na los tułaczy zarówno w kraju, jak i poza nim. Hłasko w największej mierze z wyboru był swoistą efemerydą. Jedynym stałym, linearnym zakresem było pisanie, zresztą rzeczywiście dla niektórych na tyle niewygodne i niegodne, że łatwiej byłoby odwrócić wzrok. Tyle że nie było dokąd uciekać wzrokiem, żadne zabiegi nie sprawiłyby, że szarość przestałaby być tak intensywna i dotkliwie prawdziwa.

 


Źródło zdjęcia 1: https://dzieje.pl/postacie/marek-hlasko-1934-1969
Źródło zdjęcia 2: https://static.polityka.pl/_resource/res/path/73/61/736156dc-4e9b-4658-93af-22f274694bc1_900x
Źródło zdjęcia 3: http://2.bp.blogspot.com/-4YbSVWlULzY/U89xCc3G47I/AAAAAAAACjk/BXvPzZHZNM/s1600/037.jpg