David Lynch. Rozmowy – Richard A. Barney

Kojarzycie psychodeliczne, kuriozalne filmy Davida Lyncha? Zastanawialiście się kiedykolwiek jaką osobą jest reżyser i czym kieruje się serwując widzom totalną, filmową groteskę? Niniejsza pozycja szkicuje wiarygodny portret i stanowi klucz do poznania intrygującej wyobraźni wybitnego innowatora.

Spontaniczne wizje światów wewnętrznych

Poza „Inland Empire”, które rzeczywiście wywarło na mnie duże wrażenie oraz klimatycznym „Mulholland Drive” dotąd nie miałam potrzeby  zgłębiania lynchowskich dziwactw. W opozycji do zbyt ciężkostrawnej filmowej ekscentryczności, odkąd pamiętam, żywo interesowała mnie postać samego reżysera.

Moje pierwsze zetknięcie z twórcą odbyło się poprawnie chronologicznie. Bezskutecznie próbowałam podołać „Głowie do wycierania”. Pomyślałam: jakie traumy trzeba w sobie przechowywać i do jakiego stopnia mieć schizofreniczny umysł, by stworzyć coś takiego? – wspomnienie pierwotnego spostrzeżenia pokryło się z wrażeniem wielu odbiorców. Po niniejszej lekturze odkrywczo potrafię zawołać: eureka! i przyznać, że moja percepcja wpisująca się w przeciętą opinię opierała się na naturalnej, machinalnej potrzebie analizy, logiki oraz psychologizacji. Na wszystkim, czemu przeczy i co jasno, stanowczo Lynch odrzuca w swojej pracy.

Wolność interpretacji, swoboda odczuwania

Fascynujący jest fakt, iż artysta przyznaje i – dzięki powielanym w wywiadach wątkom –  przypomina wielokrotnie, że jego filmy nie podlegają (lub nie muszą podlegać) intelektualnym wiwisekcjom ani wydumanemu, uciążliwemu poszukiwaniu meritum. Dlaczego? Dlatego, że meritum nie ma, bądź każdy powinien odnaleźć w sobie własne sedno. Sam innowator będący zwolennikiem wolności interpretacyjnej i oddający pierwszeństwo emocjom proponuje skupienie się na odczuwaniu. Istotne staje się dopuszczenie do głosu podświadomości, ponieważ skrępowanie racjonalizmem wywoływanych emocji zaburza postulowany, czysty i pełny odbiór.

Zebrane przez Richarda A. Barney’a rozmowy stanowią świetną, satysfakcjonującą gratkę zarówno dla miłośników filmów Lyncha, jak i laików (vide: ja), którzy chcieliby poznać osobę oryginalnego indywiduum, również w oderwaniu od jego dzieł. Dialogi czyta się doskonale. Nie sposób nie zauważyć rozdźwięku między przeprowadzającymi rozmowy a reżyserem. Pytający niejednokrotnie chcieliby dopatrzyć się patologii lub przynajmniej deprawacji i wariactwa, których, według samego zainteresowanego, po prostu… nie ma. Dostrzegalny jest także osobliwy komizm: w udzielanych wywiadach pytany nierzadko przyjmuje rolę słuchacza, dowiaduje się o swoich filmach wielu nadinterpretowanych informacji, o których zdaje się nie mieć pojęcia. Lynch jest rozmówcą przewrotnym: swobodnie, szczerze żartuje, irytuje się, nieraz uparcie milczy i zawzięcie gestykuluje próbując przebrnąć przez pytania dotyczące inspiracji oraz znaczeń, na które z założenia nie odpowiada nie chcąc nasuwać „rozwiązań” ani gotowych pryzmatów.

Dzięki uporządkowanej wędrówce przez działalność kinematograficzną oraz stopniowo budowany obraz twórcy książka prezentuje czytelnikowi człowieka o wrażliwości emocjonalnej i pokładach zachwytu właściwych kilku- lub kilkunastolatkowi. Jego przymiotem jest niewyczerpalny głód wrażeń, wprost świeżość i naiwność sposobu patrzenia oraz recypowania rzeczywistości. To właśnie intuicyjne, nieskażone logiką postrzeganie sprawia, że dzieła lynchowskie są warstwowe: treści nie wyczerpują się na pierwszym planie fabuły, a rozwijają się pod powierzchnią.

Praca nad filmem jest jak gotowanie zupy. Wiele zdąży odparować, zanim znajdzie się na talerzu, coś tam ci skapnie z łyżki, coś tam zostanie między zębami i później to wyplujesz, ale liczy się tylko to, co wyląduje w żołądku, czyli na ekranie.

 

Artysta kompletny

Interesujące i inspirujące jest poznawanie artysty kompletnego: siła napędowa – ciekawość – popycha Lyncha do holistycznego podejścia wobec tworzonych filmów. Poza byciem reżyserem podejmuje dodatkowe role scenarzysty, dźwiękowca czy scenografa – lista pasji i wynikających z nich zajęć jest imponująco długa, zresztą wychodzi również daleko poza ramy kina. Co zaś dotyczy pracy nad konkretnym tytułem, autor tak intensywnie oddaje się budowanym historiom, że w danej, bieżąco opracowywanej fabule zaczyna żyć: dosłownie chłonie ją przyjmując klimat i zamieszkując przez nieokreślony czas w scenografii.

To, co szczególnie warto odnotować: względnie częstym zamierzeniem twórców działających na wszelkich płaszczyznach jest chęć ukazywania za pomocą pojedynczego fenomenu uniwersalnych przesłanek. Takowa potrzeba jest całkowicie nieobecna w filmach Lyncha. Reżyser podkreśla, iż tworzone przezeń opowieści są jednostkowe, nieprzekładalne na szersze zjawiska. Stanowią mały wycinek zdarzeń, sytuacji, które mają prawo być abstrakcyjne i surrealistyczne, ponieważ dokładnie takie bywa przewrotne życie. Wystarczy dodać do groteskowych, autentycznych historii wolność wyobraźni i puścić wodze fantazji… Wobec takiej prawdy, zarzuty dotyczące epatowania turpizmem i specyficznym rozkładem także nie znajdują uprawomocnienia: otacza nas fermentacja, której po prostu nie chcemy zauważać, bądź odrzucamy jako niezgodną z naszym pojęciem estetyki i komfortu. Świat, w którym żyjemy, jest przecież niczym innym, jak immanentnym przenikaniem się życia, narodzin oraz śmierci i rozpadu. W tych kontrastach i dysonansach doskonale odnajduje się Lynch, który sam jest idealnym łącznikiem między prostą, entuzjastyczną, wręcz uroczą osobą własną, a kuriozalnością przedstawianą na ekranie.

Niniejsza recenzja jest w całości peanem poświęconym idei zebrania ciekawych dialogów między mądrymi, psychoanalizującymi reporterami, a na wskroś amerykańskim, przyjemnym w obyciu i pozornie niepasującym do swoich filmów reżyserem. Posądzenia o aberracje? A któż z nas ich nie ma?

 


Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwuZnalezione obrazy dla zapytania axis mundi wydawnictwo logo

 


Cytat zamieszczony w tekście pochodzi z niniejszej książki.