„Cztery strony miłości” Joanny Sykat czyli jak zmarnować miłość

Z książkami Joanny Sykat mam pewien problem – gdyby nie to, że poleciła mi je znajoma, której gustowi literackiemu ufam, gdyby nie to, że po przeczytaniu pierwszej z jej powieści chciałam więcej – pewnie nigdy bym po te książki nie sięgnęła.

Okładka trochę sentymentalna, staroświecka, taka vintage. Tytuł sugeruje, że będzie o miłości – pewnie ckliwie i sentymentalnie. Ale niech Was nie zmyli ta oprawa – z sentymentalizmem i czułostkowością ta książka nie ma nic wspólnego!

Główna bohaterka książki, Łucja jest nauczycielką muzyki. Ma 42 lata i właśnie przeżywa kryzys małżeński. Jej mąż, niejaki M. jest w jej oczach zamkniętym w sobie, nadużywającym alkoholu gburem, który budzi w niej jedynie wstręt i odrazę. Przenosząc się pięć lat wstecz poznajemy Szymona – chłopaka, którego uczucie do Łucji zdaje się być prawdziwą, wielką miłością…

Wydaje się, że Łucje też są dwie – ta pierwsza, nieskazitelna kobieta-anioł, w zwiewnych sukienkach, panna z domu z fortepianem, grająca „Balladę dla Adeliny” i  ta druga, znerwicowana, zestresowana, upijająca się winem. Która z nich jest prawdziwa? Może obie?

Niebanalnie o miłości? To tak się jeszcze da?

Nie zdradzę więcej szczegółów fabuły – powiem tylko, że zakończenie powieści jest zaskakujące i – jak zawsze u Sykat – dalekie od banału. Językowo – jak zwykle świetna. Nie myślałam, że o miłości, uczuciu, o którym napisano już wszystko, można pisać w sposób tak niebanalny. Sykat się to udaje. Nie ucieka w sztampę czy pseudopoetyckie porównania, nie daje się ponieść sentymentalizmowi. Precyzyjnie dobiera słowa, odczarowując miłość i pokazując, że po napisach „żyli długo i szczęśliwie” nie zawsze świeci słońce.

Do czego prowadzi brak dialogu?

„Cztery strony miłości: to prawdziwa do bólu, niebanalna opowieść o tym, że związek to nie tylko uniesienia pierwszych miesięcy a miłość od nienawiści dzieli naprawdę niewiele. I o tym, że kluczem do każdej relacji jest dialog, rozmowa, empatyczne wsłuchanie się w drugiego człowieka – ale też otworzenie się przed nim, odsłonięcie swojego miękkiego podbrzusza. I, że jeśli nie zaryzykujemy, może okazać się, że nigdy nie dowiemy się, że pod warstwą starej, ponurej boazerii kryje się prawdziwy pałac…

– Domyśliłaś się od razu? – zapytała Joanna, kiedy oznajmiłam jej, że właśnie skończyłam czytać „Cztery strony miłości”. Nie zdradzę Wam, czego się nie domyśliłam. Ta książka zaskoczyła mnie do tego stopnia, że aż trochę byłam zła – jak można dać się tak wkręcić? Autorka po mistrzowsku wodzi za nos czytelnika, pokazując wszystkie cztery strony miłości i fundując zakończenie, którego nie powstydziłaby się mistrzyni suspensu, Agatha Christie. Polecam!