Cztery grzechy Musierowicz

Są książki, do których chce się wracać. Z różnych powodów. Czasem trywialnych, a czasem naprawdę istotnych. W moim prywatnym rankingu na całkiem niezłej pozycji plasuje się saga rodzinna Małgorzaty Musierowicz. Mowa oczywiście o „Jeżycjadzie”. I kompletnie nie łapię, skąd bierze się ta cała zajadła krytyka ostatnich książek poznańskiej pisarki.

Rozumiem, że można za czymś nie przepadać, ale dlaczego od razu tak jadowicie i bezwzględnie? Owszem, „Jeżycjada” ze swoimi 22 tomami już od dłuższego czasu nosi znamiona literackiego tasiemca, ale bynajmniej nie tasiemca w rodzaju „Pamiętnika księżniczki” Meg Cabot czy „To ja Lucy” Kelly McKain. Książki Cabot i McKain nie niosą żadnego głębszego przesłania i raczej nie określiłabym ich jako wartościowych, „Jeżycjada” – wręcz przeciwnie. Nie znam żadnego innego młodzieżowego cyklu o podobnej tematyce porównywalnie dobrego zarówno pod kątem języka, jak i treści.

Łacina

Akurat w kwestii języka niewiele osób jest na tyle czepliwych, żeby cokolwiek zarzucić Musierowicz. Spotkałam się tylko z jednym, choć wyjątkowo absurdalnym zarzutem, że autorka nadużywa łacińskich zwrotów i tłumaczy w przypisach nawet te najprostsze. Ja nie widzę przesytu. Widzę za to skuteczne próby przybliżenia młodemu czytelnikowi martwego, jakby nie było, języka, a to nie jest prostym zadaniem. Pisarka zapoznaje z sentencjami łacińskimi w kontekście codziennych sytuacji, co ułatwia zapamiętywanie słówek i sprawia, że łacina staje się dużo mniej archaiczna. A tłumaczenie w przypisach? Przecież to ogromne ułatwienie. Nie ma nic bardziej irytującego, niż wtrącanie obcojęzycznych zdań, nie zawracając sobie głowy tłumaczeniem (spotkałam się z tym już nie raz).

Konserwatywność

Zdarzyło mi się trafić na krytyczne uwagi dotyczące tego, że główni bohaterowie „Jeżycjady” – Borejkowie – propagują raczej konserwatywne wartości, a liberalnych poglądów tam tyle, co kot napłakał. Jasne, w książkach Musierowicz wyraźnie widać, że rodzina i wiara odgrywają bardzo ważną rolę w życiu autorki, ale nie narzuca ona czytelnikowi własnego punktu widzenia, a bigoteria to ostatnia rzecz, o jaką można ją posądzić.

Autorka nie dyskryminuje też ludzi ani ze względu na płeć, ani wyznanie, ani kolor skóry. Przeciwnie, w jej książkach pojawiają się przedstawiciele innych ras czy wiar, i to w naprawdę pozytywnym świetle. Wystarczy wspomnieć choćby przesympatycznego Helmuta („Język Trolli”), który z jednej strony pozostaje wierny afrykańskim korzeniom i tradycjom, a z drugiej z zapałem stara się zgłębić polską kulturę. Nie dostrzegłam w tej historii żadnych porównań typu „lepsze – gorsze”, za to wiele życzliwej otwartości na inność i ciekawości świata.

Na pewno w „Jeżycjadzie” nie ma wojujących feministek, osób transseksualnych i wątków homoseksualnych, ale co z tego? Czy to jest konieczne, żeby książka została uznana za wartościową pozycję na czasie? Czy jej aktualność ma być warunkowana opinią lewicujących celebrytów przedstawianych w mediach jako wielcy bohaterowie walczący (niestety często jedynie na pokaz) o prawa człowieka? Borejkom i ich przyjaciołom przyświecają równie humanistyczne idee, ale zamiast organizować protesty i stawać przed kamerą, pomagają konkretnym ludziom. Weźmy choćby scenę z „Noelki”, kiedy córki Gabrieli, Pyza i Tygrysek, bronią małych Cyganek atakowanych w kościele przez starą dewotkę, a Gabrysia zaprasza obce dzieci do domu na Wigilię. Żaden heroizm z przytupem, ale zwykły, dobry ludzki odruch, który tak naprawdę ma większą wartość niż agresywne, egzaltowane słowa rzucane przed dziennikarskim mikrofonem.

Oczywiście społeczne protesty w obronie krzywdzonych obywateli są potrzebne i podziwiam ludzi, którzy się w nie angażują, ale przykre jest to, że właśnie te mniejsze, bardziej osobiste i szczere gesty nie są doceniane. Jestem ciekawa, ilu medialnych aktywistów zdecydowałoby się zaprosić na obiad głodnego bezdomnego czy wspomóc finansowo kurację farmakologiczną chorego dziecka, którego rodziców na to nie stać. Albo przynajmniej przez jeden dzień zająć się niepełnosprawną osobą, zrobić jej zakupy, sprzątnąć mieszkanie, dotrzymać towarzystwa. Nie sądzę, żebym była mile zaskoczona statystykami.

Snobizm

Kolejne oskarżenie, z jakim się zetknęłam, to snobizm Borejków. A dowodem na ten snobizm ma być między innymi to, że Laura (czyli wspomniany wyżej Tygrysek) nie jest zachwycona faktem, że jej chłopak nie przepada za Mickiewiczem („Czarna polewka”). Ma do tego prawo? Ma. Gdzie tu snobizm? Została wychowana w rodzinie, w której literatura polska z tak zwanej wyższej półki, zwłaszcza romantyczna, jest wysoko ceniona i nie ma w tym nic złego. A Wolfi, jej krótkotrwała miłość, koniec końców zostaje przez nią odrzucony nie z powodu Mickiewicza, a tysiąca innych różnic w upodobaniach, charakterze i podejściu do życia.

Nie zauważyłam, żeby w którejkolwiek części „Jeżycjady” Borejkowie wywyższali się. Zauważyłam za to, że odważnie bronią swoich przekonań i nie rezygnują z własnych zainteresowań tylko dlatego, że są niemodne. Jeżeli przejawem snobizmu ma być pasjonowanie się twórczością Mickiewicza czy kulturą antyczną, to ktoś tu nie odrobił lekcji co do definicji słowa snobizm.

Naiwność

Chyba najczęściej obwinia się Musierowicz o naiwność bohaterów i fabuły. Po pierwsze w jej książkach występuje duża różnorodność charakterologiczna. Nie sposób posądzić o nadmierną ufność Laurę, jedną z głównych bohaterek, dziewczynę z pazurem o chłodnym analitycznym umyśle, silnie zdystansowaną w stosunku do innych ludzi. Trudno doszukać się naiwności w bardzo życiowych konfliktach dorastających dzieci z ich rodzicami (Pulpecji, Czarka zwanego Przeszczepem, Laury, Nory…), dramatach rozpadających się rodzin (Gabrieli i Janusza Pyziaka czy rodziców Aurelii Jedwabińskiej), ciężkich chorobach zakończonych przedwczesną śmiercią (mamy Aurelii) itd., itp.

Tak, wiele postaci w „Jeżycjadzie” stara się ufnie podchodzić do innych i wierzyć, że w każdym można znaleźć okruch dobra. I co w związku z tym? Lepiej patrzeć na ludzi w sposób cyniczny, z góry zakładać złe intencje? Borejkowie, przy całej swojej serdecznej i prostolinijnej postawie, nie tracą zdrowego rozsądku.

Nigdy nie czułam się zalana żadnym hurraoptymizmem, czytając książki Musierowicz. W najtrudniejszych momentach życia pomagały mi odzyskać wiarę w ludzi i nadzieję na to, że wszystko się jeszcze ułoży. Dawały poczucie bezpieczeństwa. I myślę, że terapeutyczne działanie powieści tej autorki odczuło także wiele innych osób. Dlatego nie podoba mi się jednostronna, nieprzemyślana krytyka, zwłaszcza autorstwa tych, którzy na podstawie jednej czy dwóch książek oceniają całokształt twórczości Małgorzaty Musierowicz. Proponuję, żeby nie kierować się aktualnym „antymusierowiczowym” trendem, tylko samemu wyrobić sobie opinię na temat jej książek.

  • Aneta Świeczak

    Wspaniałe jest to co piszesz Basiu :-) Dziękuję Ci za to.