Bracia Kade wkraczają do gry – Tijan, Fallen Crest. Akademia

Jesteście fanami serialu „Plotkara”? Lubicie historie w których dramat goni dramat? Jeśli tak, to koniecznie musicie sięgnąć po pierwszy tom serii Fallen Crest, czyli „Akademię”. Gwarantuję Wam, że nie będziecie mogli się od niej oderwać.

Samantha Strattan jest dziewczyną, które na niczym nie zależy. Nie interesuje ją, że jest od dawna zdradzana przez chłopaka, że cała szkoła plotkuje o niej, a przyjaciółki okazały się w rzeczywistości zdrajczyniami. Jej sposobem na to by się wyciszyć, jest bieganie. Po kilkanaście kilometrów! Robi to tak długo, aż zmęczenie wycisza wszystkie dręczące ją problemy. Niemal do utraty sił. Nie obchodzi jej też to, że z dnia na dzień matka oświadcza jej, że rozwodzi się z ojcem i musi się natychmiast pakować, bo z dnia na dzień przeprowadzają się do jej nowego narzeczonego, z którym wkrótce weźmie ślub. Okazuje się nim być obrzydliwie bogaty James Kade. W pakiecie z nowym „tatusiem” ma także otrzymać jego dwóch synów, lokalnych celebrytów, przystojnych sportowców chodzących do publicznej szkoły, Masona i Logana Kade. Dziewczyny kładą im się u stóp, czekając aż któryś z nich zwróci tylko na nie uwagę. To dwójka typowych bad boyów, z którymi wszyscy chcą się trzymać. Wszyscy, z wyjątkiem Samanthy. Jakby tego było mało, publiczne liceum, jest mocno skonfliktowane z prywatną Akademią Fallen Crest, do której uczęszcza dziewczyna. W nowym domu staje się obiektem żartów tej rozwydrzonej dwójki, a w szkole stara się ukryć swoją sytuację rodzinną i rozwód rodziców. Przede wszystkim, za wszelką cenę próbuje ukryć fakt mieszkania w posiadłości Kade’ów. W szkole jest jej trudniej z każdym kolejnym dnie. Nie pomaga sytuacja z matką, która dolewa oliwy do ognia wyżywając się na swojej córce. To powoduje, że dziewczyna buduje wokół siebie coraz wyższy mur. Nie zdaje sobie tylko sprawy, że Mason Kade ją uważnie obserwuje i zaczyna dostrzegać w niej coś, czego nie widzą inni. Zaczyna chronić ją przed światem, nie dopuszczając do niej nikogo, kto mógłby zrobić jej krzywdę. W miarę rozwoju wydarzeń, między nimi zaczyna rodzić się więź, którą trudno zdefiniować.

Wokół mnie ostatnio „kręci się” bardzo dużo braci. Najpierw bracia Slater (wkrótce przedstawię Wam Aleca), później bracia Mayson a teraz bracia Kade. Można dostać zawrotów głowy. Z żadnymi z wcześniej wymienionych nie można się nudzić, ale bracia Kade są niczym narkotyk. Uzależniają. Nie pozwalają siebie odstawić i pójść na odwyk. I mimo, że daleko im do ideałów, nie da się ich nie uwielbiać.

Wczoraj mogliście przeczytać moją opinię na temat powieści „Anti-stepbrother. Antybrat” Tijan, która była mocno neutralna (i po lekturze Fallen Crest jestem pewna, że nie wynika to z winy autorki), a dziś mam dla Was recenzję kolejnej historii spod pióra Tijan. Książki, która sprawiła, że wielokrotnie płakałam ze śmiechu. Koniecznie musicie poznać bohaterów z Fallen Crest. Ta historia jest zabawna, a momentami nawet skłania do refleksji. Nie jest wyłącznie czysto hedonistyczną rozrywką. Trudno mi także zakwalifikować do jednego gatunku. Niby to young adult, jeśli patrzyć po wieku bohaterów. A jednocześnie to naprawdę gorący romans.

Czułam, że przeszywa mnie wzrokiem i sprawdza, czy to, co mam w sobie, jest mu do czegoś potrzebne. Zawsze miałam wrażenie, że zagląda w najgłębsze zakamarki mojej duszy.

 

Nie wiem na ile obiektywna będzie to recenzja, gdyż po prostu przepadłam i oficjalnie to oświadczam – zakochałam się w serii Fallen Crest (mimo pewnych niedociągnięć, ale o tym później). Ktoś mógłby stwierdzić, że jestem za stara na takie historie, ale ja uwielbiam young/new adult. A im bardziej pokręcona jest fabuła, tym bardziej mnie przyciąga. Taki paradoks. Na dodatek czytając Fallen Crest miałam wrażenie, jakbym oglądała serial „Plotkara” („Gossip Girl”). A ten uwielbiam od wielu już lat i do dziś mi się nie znudził.

Powtórka z „Plotkary”

Samantha to dziewczyna z trudną historią. Historią, którą zafundowała jej matka. Ta kobieta zasługuje na własny kocioł w piekle za to, co robiła i robi własnej córce. Sam, mimo że obrywała zawsze po tyłku, jest silną dziewczyną, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Życie ją zahartowało. Nie daje sobie wejść na głowę. Nie boi się także postawić nikomu, a kiedy trzeba potrafi odpyskować czy warknąć na przeciwnika. Ma naturę buntowniczki. Jeśli jednak jej na czymś nie zależy, potrafi przybrać bardzo obojętną pozę. W szkole nie ma przyjaciół, ale i o nich nie zabiega. Bardzo ją polubiłam za to, jaka jest.

Mason i Logan to szkolne gwiazdy sportu i obiekty westchnień mające status gwiazdy. Każdy chciałby się z nimi kumplować lub chociaż grzać się w ich blasku. Jednak, mimo że to bracia, są zupełnymi przeciwieństwami. To jakby zestawić ogień i wodę. Mason jest tym cichym, tajemniczym, stojącym raczej z boku, reagującym wyłącznie w sytuacjach tego wymagających. Mimo, że lubi imprezować równie bardzo jak jego brat, to nie wykorzystuje każdej nadarzającej się okazji, żeby zaliczyć dziewczynę. Nie można tego powiedzieć o jego bracie. Logan zalicza każdą, która jest chętna, a tych jemu nie brakuje. To on jest tym wygadanym, nawet, jeśli jego niewyparzona buźka może przysporzyć poważnych kłopotów. Jest również duszą towarzystwa.

Nie wzbudzali początkowo mojej sympatii, aż do momentu, kiedy stanęli w obronie Sam w trakcie konfliktu dziewczyny z jej matką. Zachowanie jej matki było wówczas poniże jakiejkolwiek krytyki. To, co wtedy zrobiła, powinno automatycznie dyskwalifikować ją do korzystania z określenia matka. Było po prostu karygodne. Nie zdradzę Wam dokładnie, czego dotyczyła sytuacja, żeby nie zepsuć Wam zabawy. Bracia Kade mieli kilka momentów, w których podbili swoim zachowaniem moje serce. O ile w przypadku „Plotkary” mogę śmiało i bez wahania stwierdzić, że należę do #teamChuckBass, o tyle w przypadku Fallen Crest jestem w #teamMasoniLoganKade. Uwielbiam ich oboje i nie każcie mi wybierać, którego wolę bardziej.

Dramat goni dramat

Nie jest prosto rozeznać się co i kogo łączy, bez rozpisania tego na kartce papieru. To wszystko jest zbyt zawiłe, żeby zapamiętać kto z kim, kiedy i dlaczego, a także kto jest kim dla kogo. Podobnie z wydarzeniami w książce. Gdyby rozpisać to w formie punktów i podpunktów, to wyglądałoby mniej więcej tak, że dramat goni dramat, a pomiędzy nimi są drobniejsze dramaty.

Odnoszę wrażenie, że Tijan ma jakąś słabość do przybranych braci. Trzeba jej przyznać, że jest to dość wdzięczny temat na książki. Kontrowersyjny, intrygujący, dający dużo kierunków rozwinięcia relacji pomiędzy przybranym rodzeństwem, co pokazała między innymi w „Anti-stepbrother. Antybrat”.

Byli celebrytami w Fallen Crest i zaczynałam zdawać sobie sprawę ze skali tego zjawiska. Po chwili Logan stanął przede mną, schylił się, a następnie podniósł mnie i przerzucił sobie przez ramię. Dał mi klapsa w tyłek i zakręcił mną. A potem uniósł kubek w górę. Wszyscy się uciszyli.

– To moja nowa przybrana siostra. Pomóżcie mnie i Mase’owi powitać ją w rodzinie. – Uśmiechnął się do mnie zadziornie i znowu mną zakręcił.

 

Wspomniałam na początku, że wielokrotnie płakałam ze śmiechu podczas lektury tej książki. O tak, jest to 100% prawdy. Szczególnie w przypadku ostatnich pięćdziesięciu stron. I nie myślcie, że koloryzuję. Ta historia jest niczym najbardziej pokręcona telenowela. A jeśli oglądaliście wspomnianą wcześniej „Plotkarę”, wiecie, że tam to się po prostu działy cuda na kiju. Tutaj jest dosłownie tak samo. A cały rozdział 38 (zapamiętajcie sobie dobrze tę liczbę) to po prostu piętnaście stron nieustannego płaczu i zwijania się ze śmiechu, niekontrolowanych parsknięć i rechotania. Łzy leciały mi ciurkiem. To był chyba najdłużej czytany przeze mnie rozdział, bo nie mogłam przestać się śmiać.

Czytanie tej książki z powagą jest tak samo niemożliwe, jak oglądanie filmu „Słoneczny patrol” z Zackiem Efronem w jednej z głównych ról. Nie da się tego robić bez wylania morza łez ze śmiechu i rechotania niczym wariat.

Wcześniej wspomniałam Wam o niedociągnięciach, które odnalazłam w tej książce. Z całą pewnością wynikają one z samego tłumaczenia tej książki i specyficznego stylu autorki. A niestety, odnoszę wrażenie, że z tym stylem Tijan, jak i w przypadku „Antybrata”, nie poradziła sobie tłumaczka. Miałam okazję czytać (do tej pory, choć planuję więcej) fragmenty „Akademii” w oryginale i nie odniosłam takiego wrażenia, jakie miałam czytając tę historię w polskim wydaniu. Mam nadzieję, że mimo to, książka ta i sama autorka przyjmie się wśród polskich czytelników, bo, nie będę ukrywać, wolałabym czytać je w języku polskim i mieć w wersji papierowej, niż czytać je wyłącznie na czytniku, kupione na Amazonie.

Spotkałam się również z opinią, że Tijan w swojej książce pokazuje i nie neguje różnych niestosownych czy negatywnych zachowań, bo bohaterowie nie są pełnoletni. Szczerze przyznam, że czytałam wiele książek, przy których ta jest bajeczką dla grzecznych nastolatek. Nie można też podchodzić do tego w sposób taki, że piszmy tylko o tematach dobrych, pozytywnych sytuacjach, a te złe, negatywne, zamiatać pod dywan. Życie tak nie wygląda. Trzeba również rozgraniczyć prawdziwe życie od fikcji literackiej. Nie zauważyłam tam żadnej formy zachęty do takiego postępowania. Idąc tym tokiem rozumowania, powinniśmy zabronić dzieciom oglądania bajek typu Bolek i Lolek, czy starszym dzieciom i młodzieży seriali dla nich przygotowanych na kanałach typu Disney Channel czy Nickelodeon.

Po lekturze pierwszego tomu tej serii mogę stwierdzić jedno. Tijan się kocha albo nienawidzi. Ja jestem zdecydowanie po tej pierwszej stronie. Cieszę się, że już w kwietniu pojawi się kolejna część serii Fallen Crest, zatytułowana „Rodzina”, bo mam po prostu niedosyt. Czekam na rozwinięcie dalszych losów Samanthy, Masona, Logana i reszty.

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy